You are currently browsing the daily archive for grudzień 11th, 2007.
I na zakończenie dzisiejszego dnia wiadomość z PAP za WP:
Nastolatka rozpowszechniała pornografię w Internecie
18-latka z Miechowa (małopolskie), która opublikowała w Internecie film z rozebraną koleżanką, odpowie przed sądem za rozpowszechnianie treści pornograficznych. Proces w tej sprawie rozpocznie się 17 grudnia – poinformowała przewodnicząca wydziału karnego Sądu Rejonowego dla Miechowa, sędzia Monika Kobis.
Prokuratura zarzuciła nastolatce, że w kwietniu wysłała ze swojego komputera do jednego z otwartych portali internetowych film przedstawiający jej młodszą o rok koleżankę ze szkoły. Na filmie, nakręconym telefonem komórkowym, koleżanka podczas imprezy rozbiera się, a następnie tańczy na stole.
Jak wynika z ustaleń prokuratury, uczniowie przekazywali sobie film do swoich telefonów komórkowych. Nie udało się ustalić, kto był jego autorem, ale zidentyfikowano komputer, przez który trafił do internetu.
Oskarżona 18-latka w śledztwie nie przyznała się do winy i odmówiła wyjaśnień. Jej młodsza koleżanka, uwidoczniona na dwuipółminutowym filmie wyjaśniła, że nie pamięta tego zdarzenia, tłumacząc się lukami w pamięci. Doniesienie w sprawie rozpowszechniania filmu złożył jej ojciec.
Oskarżonej nastolatce grozi kara od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności.
Interesujące jak sąd zdefiniuje słowo pornograficzny w tym przypadku, bo jakoś różni mądrzy posłowie, lingwiści, językoznawcy i bóg jeden wie kto jeszcze biedzą sie nad tym już ładnych parę lat i nie jak na razie nie ustalili. A czy naga siedemnastolatka tańcząca na stole to pornografia czy nie to ja jednak miałbym duże wątpliwości. Taniec bardziej kojarzy mi się się ze sztuką, a sztuka pornografią z założenia nie jest.
A poza tym, jeżeli się tyle pije, że traci się kontakt z rzeczywistością to takie są tego efekty. Skoro tańczyła to było jej wesoło.
[...] Więcej…
Kiedyś gdzieś oglądałem jakieś wideo na którym Paris Hilton na luksusowym jachcie z grupą swoich znajomych (towarzystwo mocno mieszane) na trzeźwo poproszona okrzykiem Paris! Pokaż cycki! podciąga koszulkę do góry. Nadwiślańska odmiana Paris Hilton czyli Doda Rabczewska ma chyba tak samo, tyle, że jej nawet nie trzeba prosić. Taki odruch jak widzi kamerę. Tutaj jeszcze z mężem-niemężem Radziem Majdanem (ostrzegam: żenada; tylko dla ludzi o mocnych nerwach):
…i ten śmiech!
[...] Więcej…
Nie od dziś wiadomo, że najprostszą metodą na wylansowanie się jest pokazanie gołego tyłka albo nagiej piersi. Jeżeli jest się młodym i nie ma się żadnych pomysłów oraz żadnego wstydu to można wszystko. Oto więc Prowokacje 2007. Podobno najzdolniejsi polscy projektanci młodego pokolenia zaprezentowali swoje kolekcje mody w ramach tego konkursu.

Jeżeli tylko tyle mają do pokazania ci zdolni to co pokazują ci mniej zdolni?
[...] Więcej…
No i stało się. Jesteśmy buntownikami i rewolucjonistami. Tak przynajmniej uważa nauczycielka chemii i nasza wychowawczyni. Obie nam to wykrzyczały przy akompaniamencie trzaskających drzwi. Dyrektorka załamuje ręce. Bo dla niej powiedzieć, że nauczycielki złamały statut szkoły to źle, a powiedzieć, że uczniowie mają rację to jeszcze gorzej. Iście Hamletowski dylemat. Ideał sięgnął bruku a księgi trafiły pod strzechy czy jak to tam było. Ale od początku…
Tydzień miał obfitować w sprawdziany. Nasze nauczycielstwo postanowiło załatwić jak najwięcej jeszcze przed Bożym Narodzeniem i mieć ten semestr z głowy styczeń zostawiając sobie na dręczenie tych, którzy chcieliby się poprawiać. Więc ten tydzień i przyszły miał się składać z samych klasówek. I jednego sprawdzianu. Tylko jednego. Jaka jest różnica? Otóż zasadnicza. Statut szkoły mówi, że sprawdzian może być tylko jeden dziennie i trzy w tygodniu. Natomiast klasówek może być ile dusza zapragnie. Czym się różni sprawdzian od klasówki. Otóż i tu różnica jest zasadnicza: sprawdzian trwa całą godzinę, a klasówka jest zawsze krótsza. Trwa na przykład… czterdzieści minut. I tu powstało zarzewie buntu. Nikomu w klasie a tym bardziej w szkole nie uśmiechało się codzienne pisanie po dwie trzy klasówki. I tak przez cały tydzień. Okazja trafiła się już we wtorek. W poniedziałek był oficjalny sprawdzian z fizyki. Napisany. Ale we wtorek zapowiedziane zostały trzy klasówki. Najpierw rosyjski, potem chemia, a na koniec język polski. I tą klasówkę z rosyjskiego nasza klasa również musiała napisać. Ale na chemii powiedzieliśmy, że zgodnie ze statutem szkoły tego sprawdzianu nie piszemy, bo wówczas złamiemy szkolne prawo. Chemica dostała najpierw białej gorączki, że się jej sprzeciwiamy, a następnie kazała nam wyciągać kartki i pisać. No to wyciągnęliśmy i najpierw podyktowała nam zadania. Zapisaliśmy je grzecznie, ale na tym grzeczność się skończyła. Wszyscy, którzy obecni byli na lekcji pod podyktowanymi zadaniami napisali, że zgodnie ze statutem szkoły nie możemy pisać kolejnego sprawdzianu ponieważ jeden już dziś pisaliśmy – z rosyjskiego. I cała klasa oddała kartki. Chemica jak wcześniej dostała białej gorączki to teraz to trzeba było nazwać apopleksją. Z satysfakcja w oczach wstawiła całej klasie do dziennika od góry do dołu jedynki, nawet tym osobom, które nie przyszły do szkoły. Stwierdziła, że statut szkoły to ma ona głęboko w d… Pokrzyczała, pokrzyczała, postraszyła nas dyrektorką i poszła w diabły. Na kolejnej lekcji – polskim z naszą wychowawczynią – miała być również klasówka. Wychowawczyni chyba nie spotkała chemicy, bo nic nie mówiła, a na pewno nie omieszkałaby nawiązać gdyby coś się działo a ona o tym wiedziała. Sytuacja się powtórzyła. Krok w krok. Jedynki wylądowały w dzienniku, z tym, że trzeba wychowawczyni sprawdziła skrupulatnie kto nie przyszedł na lekcję i tym osobom jedynek nie wstawiła mówiąc, że z tymi osobami to ona sobie jeszcze porozmawia. Trzasnęła drzwiami i poszła do dyrektorki. Tak przynajmniej powiedziała. Nawiasem mówiąc to moje pierwsze jedynki w liceum – od razu dwie jednego dnia i w takim towarzystwie! Czad!
Obie – tzn. wychowawczyni i dyrektorka wróciły po kilkunastu minutach – i jedna czerwona, a druga blada jak kreda wykrzykiwały na nas i wyzywały od buntowników i rewolucjonistów. W towarzystwie Lenina czułem się trochę nieswojo, ale jakoś ścierpieliśmy. Po kolejnych kilku minutach pojawiła się jak spod ziemi chemica. Dołożyła swoje twierdząc, że ona takiej bezczelności to jak żyje jeszcze nie widziała. Każdy w klasie chyba sobie wtedy pomyślał, że chemica niewiele jeszcze widziała w życiu, bo znana jest z tego, że boi się jakichkolwiek zwierzą większych od kota. Mniejszych od kota zresztą też. I dlatego z miasta, się nie rusza. Cała klasa wybuchła śmiechem na te słowa. Chemica w histerii zaczęła krzyczeć do nas: Czego się śmiejecie, barany?! Zrobiło się naprawdę wesoło… I wtedy pojawiła się jeszcze w tym wszystkim woźna, która ni stąd ni zowąd weszła do klasy i zapytała dyrektorkę, czy pan Zenek dzisiaj przywiezie te detergenty czy jutro. Odjazd pełen. Dyrektorka nieco blada stwierdziła, że ona ma już na dzisiaj dość tych problemów, zastanowi się co zrobić do jutra, o panu Zenku nic nie wie, a w ogóle to niech wszyscy jej dadzą spokój.
Jako, że to była ostatnia lekcja, a i tak już było po dzwonku ogłaszającym przerwę (jak ten czas szybko płynie w wesołej atmosferze?) klasa poszła sobie do domu. Trochę zmartwiłem się o los wycieczki szkolnej do Zakopanego – Bóg jeden wie jak i kiedy to się skończy?
Interesujące, że nauczycielstwo ma w takiej pogardzie statut szkoły natomiast Karta Nauczyciela to dla nich świętość i bronią jej niczym Fidel Castro komunizmu. Ja widzę tu pewną niekonsekwencję, mój przyjaciel Kuba też, inni to nie wiem, ale chyba coś w tym jest. Kiedy wróciłem do domu i opowiedziałem ojcu o szkolnych breweriach mój rodziciel spojrzał na mnie i stwierdził: Synu, tylko pamiętaj, żeby powstanie robić tylko i wyłącznie po uprzednim zdobyciu magazynów z bronią a nie przed. I wybuchną śmiechem jakiego bym się po nim nigdy nie spodziewał.
A tak jeszcze na marginesie: do naszego buntu i obywatelskiego nieposłuszeństwa przyłączyła się również Angelika. Dziewczę znane w klasie głównie dzięki temu, że jest tak zahukane, znerwicowane i przestraszone, że na jej osobistym przykładzie można by chyba napisać jakiś przekrojowy podręcznik do psychologii i psychiatrii. Dziewczę ma chyba więcej kompleksów niż włosów na głowie i uczy się jak opętane – głownie ze strachu, bo raczej niewiele rozumie z tego, co potem wylewa na klasówkach albo przy tablicy. Nauczycielki ją lubią, bo nie stwarza im żadnych problemów i sprawia wrażenie, że przeprasza, że żyje. I dlatego bardzo się zdziwiłem, ze Angelika przyłączyła się do naszego buntu. Kiedy dyrektorka, nasza wychowawczyni i chemica wywrzaskiwały na nas wszystko co tylko możliwe to jak na nią spojrzałem to myślałem, że zaraz się rozpłacze, podbiegnie do nauczycielek, rzuci się im do kolan i z płaczem zacznie kajać się i przepraszać za wszystkie grzechy świata i prosić o wybaczenie. Na szczęście siedzi w takim miejscu, że trudno jest jej stamtąd wyjść nie przepychając kogoś. A przepchnięcie się obok kogoś jest dla niej chyba równie trudne i niewyobrażalne jak wsadzenie komuś noża pod żebro. Więc Angelika tego nie zrobiła. Stała tylko tam w swoim kąciku i pochlipywała pod nosem.
Kiedy wyszliśmy po szkole i szedłem do domu zauważyłem jak Angelika idzie samotnie skraweczkiem chodnika tak by nikomu nie wadzić. Dogoniłem ją i się przywitałem. Nigdy wcześniej z nią nie rozmawiałem, bo dziewczyna robi wszystko, by zejść światu z drogi. Tym razem jednak nie mogła. Powiedziałem jej w sumie nawet bez zastanowienia, że jestem z niej dumny, że się też zbuntowała z nami i że ją za to podziwiam. Spojrzała na mnie taka przestraszona, że myślałem, że się rozpłacze, ucieknie, albo zapadnie pod ziemię. Trochę na wyrost chyba dodałem, że wszyscy, cała klasa jest z niej dumna i że gdyby któraś z nauczycielek miała o to do niej pretensję to niech powie, że ją do tego zmusiliśmy i żeby się tym nie martwiła, bo jeżeli kilku uczniów dostaje złe oceny, a reszta dobre, to jest to ich osobisty problem – widocznie są albo za głupi albo za leniwi żeby się nauczyć. Ale jeżeli cała klasa dostaje pały to przestaje to być problemem uczniów, a staje się problemem nauczyciela i szkoły. Bo oznacza to, że nauczycielka jest albo za głupia albo za leniwa, żeby nauczyć czegokolwiek swoich uczniów, bo wszyscy głupi być nie mogą. I tak samo dyrektorki, bo zatrudnia niekompetentnego nauczyciela. Więc niech się nie martwi i nie przejmuje i zacznie modlić się, żeby się teraz trafiła jakaś inspekcja z kuratorium. Angelika spojrzała na mnie jakoś tak dziwnie jakby miała zaraz zemdleć, ale powiedziała cichutkim głosem: Nie, to ja sama chciałam… I znów się zamknęła w sobie i wbiła oczy w trotuar. Powiedziałem jej więc, że jej dziękuję za to, niech się trzyma i nie boi i że zawsze może na mnie liczyć. Spojrzała wtedy na mnie już ze łzami w oczach – nie chciałem jej zawstydzać, a przytulenie raczej nie wyszłoby naturalnie, bo pewnie zaczęłaby uciekać z płaczem – więc się pożegnałem i poszedłem w inna stronę. Dziwna sytuacja. Angelika to w ogóle jakieś pokrzywdzone dziecko i nie wiem czy mam ochotę wgłębiać się w jej psychikę. Przynajmniej na razie. Już samo imię (naprawdę nazywa się inaczej, ale imię ma w tym typie) zwiastuje zakompleksionych rodziców wpatrzonych w świat za pośrednictwem brazylijskich i argentyńskich tasiemców i z wielkimi niespełnialnymi nadziejami pokładanymi w potomstwie. To zapowiada nieszczęście. Głównie dla dzieci. Jak można dać tak dziecku na imię? Jak można je tak krzywdzić już na samym początku jego życia? To ma być miłość rodzicielska?
[...] Więcej…
Ostatnio byłem na dwóch pogrzebach. Na pierwszym ponad miesiąc temu, a na drugim dzisiaj. Miesiąc temu był to pogrzeb pewnej staruszki-nauczycielki na który zostaliśmy zgonieni jako reprezentacja szkoły. Oczywiście nikt z nas nauczycielki nie znał chyba osobiście; kobieta przeszła na emeryturę ze trzydzieści lat temu i od tej pory ze szkołą nie miała nic wspólnego. Natomiast dziś byłem na pogrzebie pewnego pana, który był moją bardzo daleką rodziną. Sam dokładnie nie jestem w stanie określić jaki łączył nas stopień pokrewieństwa.
Oczywiście oba pogrzeby odbył się w sposób tradycyjny tzn. najpierw wyprowadzenie do kościoła, potem msza katolicka, wyprowadzenie na cmentarz, złożenie do grobu a następnie stypa. Z oczywistych względów na stypie przy okazji pierwszego pogrzebu nie byłem natomiast w tym drugim przypadki i owszem.
Co łączyło poza tym oba te pogrzeby? Otóż łączył je płacz obu rodzin. Nie jest moim zamiarem wyśmiewanie łez bliskich po stracie kogoś z rodziny – daleki jestem od tego. Będzie więc teraz bardziej ogólnie. Dlaczego ludzie płaczą na pogrzebach skoro podobno wierzą w Boga? W obu przypadkach umierali ludzie starsi, którzy siłą rzeczy mogą spodziewać się śmierci. Co więcej umierają po długiej, ciężkiej i wyczerpującej chorobie uciążliwej zarówno dla nich jak i dla ich rodzin. Umierają pojednawszy się z Bogiem, przyjmując przed śmiercią katolickie sakramenty, spowiadając się. Wydawałoby się, że czeka ich prosta droga do nieba; no może z ewentualną króciutka przesiadką w czyśćcu. Piekło w żadnym przypadku. Umierający przestają cierpieć, trafiają do krainy wiecznej szczęśliwości, do Boga. Sprawiedliwego i miłosiernego. Nic im nie grozi – żadnych mąk piekielnych, żadnych ogni i gotowania w kotle pełnym smoły mieszanej co i rusz przez szatanów. Niebo.
Ale ich bliscy płaczą i lamentują, niemal rozpacz. Powtarzają pacierz w którym jasno i wyraźnie mówią o bliskim zbawieniu, miłosierdziu Boga i tego typu sprawach. I płaczą.
Więc albo nie wierzą w Boga i zbawienie albo wiedzą coś więcej o ciężkich grzechach swoich bliskich z których ci się nie wyspowiadali i wiedzą, że ich bliskich czeka wiekuiste smażenie się w ogniu piekielnym. Albo albo. Ludzie, którzy umierają przestają cierpieć, trafiają do nieba gdzie spotykają się z Bogiem – dla katolików i chrześcijan w ogóle jest to kwintesencja szczęścia. Chrześcijanina nie może spotkać nic lepszego niż spotkanie z Bogiem. Skąd więc te łzy, skąd płacz i lament? Czyżby jednak piekło? Czyżby ci ludzie nagrzeszyli w swoim życiu tyle, że nie mają co liczyć na Boże miłosierdzie i na zbawienie w niebie. Przecież jeden ze zbójców o którym się powszechnie uważa, że na sumieniu miał morderstwa – zbrodnie najcięższe z możliwych, a który zawisł na krzyżu obok Jezusa Chrystusa otrzymał tam od Syna Bożego obietnicę zbawienia, kiedy powiedział, że słusznie odbywa swoją kaźń – była to forma spowiedzi i wyznanie wiary. Przecież Bóg nie zamknął drogi do zbawienia przed nikim, bo co może niektórych oburzać, ale jak powiedział uczący mnie religii ksiądz, droga do nieba stoi otworem nawet przed Adolfem Hitlerem, Józefem Stalinem, Włodzimierzem Leninem, Mao Tse Tungiem. Stoi też otworem przed Aleksandrem Kwaśniewskim i Wojciechem Jaruzelskim. Wymaga tylko wyznania wiary, żalu za grzechy i pokuty. Na ziemi albo w czyśćcu. Dlaczego więc ludzie ci płaczą? Jakie grzechy popełnili ci chowani ludzie, że ich bliscy obawiają się piekła dla nich?
A może po prostu chodzą do kościoła, bo tak się nauczyli i przyzwyczaili? Bo tak nakazuje obyczaj i społeczny konwenans? Modlą się, bo tak wypada? Przed innymi, sąsiadami, znajomymi, koleżankami i kolegami z pracy? A sami wszyscy jak jeden mąż tylko hipokrytycznie udają, że wierzą w Boga, zbawienie i niebo? A tak naprawdę uważają, że po śmierci czeka nas co najwyżej spotkanie z robakami, które zjedzą nas w grobie?
[...] Więcej…





Ostatnio skomentowane