You are currently browsing the daily archive for styczeń 21st, 2008.

Ząb już mnie dziś nie boli. Przed południem wybrałem się do dentystki. Poborowała jeszcze, poborowała, zalepiła dziurę jakimś lepiszczem i już jest ok. Ale i tak uważam, że to żadna przyjemność.
Zajrzeliśmy dziś z Pawłem do Kuby. Nie jest w najlepszej formie. Matka Andżeliki jest jeszcze gorsza niż można było przypuszczać. Kuba znów wybrał się do dziewczyny i znów został pogoniony po trzydziestu minutach. Andżelika musi się uczyć. A jest o tyle źle, że matka Andżeliki nie wypuszcza na krok z domu. Wymyśliła sobie już teraz, że jej córka zostanie prawnikiem i konsekwentnie ten plan realizuje. Paranoja.
Na razie nic mądrego nie wymyśliliśmy i nie wiem czy w ogóle wymyślimy. Kuba raczej nie odpuści sobie dziewczyny, bo już ma taki charakter. Wsiadło mu to na ambicję. A my go będziemy w tym wspierali. Trochę się boję, że Andżelika da się przekabacić swojej matce, bo niestety nadal jest od niej okropnie uzależniona. Miejmy nadzieję, że nie… Na razie jest jak jest. Może jak wrócimy do szkoły to oboje będą mogli się widywać choćby tam. Kuba, który za szkołą jak i zresztą my nie przepada, nie może się już doczekać powrotu. Zastanawiające, co? To już, dla nas niestety, a dla Kuby na szczęście, za tydzień. Liczymy na to, że jakoś się to unormuje… W końcu Kuba jest synem lekarza, było – nie było, lokalna elita. Może to jakoś przekona matkę Andżeliki do Kuby. Chyba, że jest w tym coś więcej, bo jakoś nie jesteśmy w stanie zrozumieć o co chodzi tej kobiecie. Bo na razie robi wszystko, by unieszczęśliwić własne dziecko i żeby to dziecko ją znienawidziło na całe życie. Na razie postanowiliśmy we trzech, że albo my ją, albo ona nas. I na tym stanęło. Kuba będzie się próbował podlizywać i ma przynieść następnym razem kwiaty staremu babsku. Ciekawe czy to pomoże… Zobaczymy już jutro, bo chłopak wybiera się do Andżeliki we wtorek.
Na szczęście u Pawła wszystko dobrze. Chyba mu nie zaszkodziła ta historia z herbatą podaną natce Kasi. W końcu chłopak zachował się grzecznie i kulturalnie. Jedni mają szczęście do rodziców, a inni nie.
A i ja jestem po wczorajszym dobrej myśli jeżeli chodzi o Justynę. Dzwoniłem do niej dziś – znów odebrała. Długo nie rozmawialiśmy, ale powiedziała, że było fajnie. I że może jeszcze powtórzymy. Trzymam ją za słowo.

[...] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty

Nie do końca wiem co to oznacza, ale zauważyłem, że Page Rank mojego bloga MojeLiceum.wordpress.com na Page Rank 5/10. Dokładnie taki sam Page Rank ma internetowa witryna Dziennika i stacji telewizyjnej TVN24. Czy to oznacza, że Google uważa, że mój blog jest równie dobry co strony internetowe mediów? Niesamowite! Ha, ha… Tygodnik Wprost, Newsweek i Polityka mają Page Rank 6/10. Jak tak dalej pójdzie to w trzy miesiące będę lepszy!
No, dobrze… a teraz zagadka: Jaki Page Rank ma Pudelek.pl? Ha! Pudelek ma 4/10. Ja bym to nazwał jeden wielki cyrk… bo albo Google ma jakąś fiksację, albo jestem lepszy niż ustawa przewiduje.

[...] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty

Po wczorajszym poście Pawła myślałem, że to już koniec tego typu atrakcji. I się pomyliłem… bo jak informuje Pudelek urodzinową orgietkę postanowiła sobie urządzić Kate Moss. A Ronaldo został przelicytowany. Bo orgia u Kate Moss była publiczna, a i sama dziewczyna pomimo trzydziestu czterech lat trzyma się nieźle.

Urodzinowa orgia na oczach gości!
Kate Moss niedawno obchodziła swoje 34. urodziny. Wydawało się, że strój modelki był najbardziej kontrowersyjnym elementem przyjęcia. Jednak Kate nadal potrafi wszystkich zaskoczyć. Okazuje się, że jej urodzinowa impreza zmieniła się w… orgię! Świadkowie twierdzą, że tego wieczoru Kate bez skrępowania pieściła się z gośćmi – koleżankami z branży i przystojnym mężczyzną:
Impreza odbywała się w londyńskim luksusowym hotelu Dorchester. Kate postanowiła zaznać trochę przyjemności – dosłownie dyszała z rozkoszy w objęciach profesjonalnych modelek i dobrze zbudowanego przystojniaka.
Wszędzie było widać ludzi zażywających kokainę. Robili kreski na blatach drogich mebli i wciągali je, jedną za drugą. Światło było przyćmione i wszędzie paliły się zapachowe świeczki.
Kate bez skrępowania całowała się i pieściła z dziewczynami oraz tym facetem. Ten wieczór należał do niej. W tym samym pokoju było jeszcze z pięć osób, które cały czas na nich patrzyły.
Moss i jej znajomi nic sobie z tego nie robili. Drażnili się ze sobą; pieścili się na zmianę, żeby jeszcze bardziej się podniecić. Od całowania przeszli do obmacywania: robili wszystko oprócz pełnego stosunku. Oczywiście, plotka o nich szybko się rozeszła: wszyscy chcieli ich zobaczyć.

[...] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty

Ból zęba wczoraj rano mi przeszedł. Może nie zupełnie, ale nie jest już źle. Zadzwoniłem więc do Justyny; chyba nie spodziewałem się, że odbierze mój telefon (jakoś tak nie ma w zwyczaju, hmmm…), ale jednak odebrała. Zaproponowałem, żebyśmy się może spotkali. Też bez większej nadziei na realizację. Justyna stwierdziła, że czemu nie i zapytała, czy byśmy gdzieś nie poszli wieczorem. Więc zaproponowałem, że może byśmy pojechali na dyskotekę do K. – i znów o dziwo się zgodziła. Chyba nadchodzi lepszy okres w moim życiu. Umówiliśmy się, że przyjdę po nią pod jej klatkę i puszczę sygnał to ona zejdzie i pojedziemy. Wieczorem nie mogłem się doczekać. Kiedy zeszła – byłem zachwycony. Wyglądała po prostu olśniewająco pięknie. Poszliśmy na autobus i pojechaliśmy do K. Rozmawialiśmy trochę po drodze, ale tak jakoś ogólnie. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Ona jest zachwycająca.
Na miejscu znaleźliśmy na początek wolny stolik (trudno było, przyszło mnóstwo ludzi, jak rzadko). Usieliśmy, zamówiłem nam jakąś gorącą herbatę i kanapki. Przytuliła się do mnie na kanapie i popijaliśmy sobie tę herbatę. Było uroczo romantycznie i strasznie miło. Trochę rozmawialiśmy, kilka razy się pocałowaliśmy… Rozmawialiśmy głównie o szkole – niby są zimowe ferie, ale od tematu trudno uciec. Nadchodzi moment wystawienia ocen na półrocze – nie zapowiada się źle, ale taki coroczny festiwal nigdy nie należy do przyjemności.
Potem poszliśmy tańczyć. Okazało się, że Justyna nawet nieźle tańczy. Lepiej ode mnie, co może nie jest specjalnym wyczynem (ja tańczę tak sobie), ale miło jest znaleźć kolejną zaletę dziewczyny, z którą chciałoby się być, a może się jest. Ciągle jakoś oboje boimy się poruszać tego typu pryncypialne tematy. Wszystko jest trochę w zawieszeniu, trochę na tak, a trochę na nie. Żadnych deklaracji, żadnych zobowiązań, ale i żadnej pewności i poczucia stałości. Może i lepiej jest nie posuwać się o krok dalej, bo za chwilę może się okazać, że będzie trzeba dać dwa kroki wstecz. A to może zaboleć, kiedy się przekroczy pewną granicę. Cóż… Podobało mi się to, jak Justyna tańczy, było to bardzo bardzo zmysłowe i co tutaj dużo mówić – podniecające. A partnerka w tańcu takie coś siłą rzeczy musi zauważyć, szczególnie jeżeli na zmianę są tańce szybsze i wolniejsze. Podczas jednego z tych wolniejszych właśnie Justyna zauważyła, że patrzenie na nią nie jest mi obojętne. Ją to chyba też wzięło. Coś w tym chyba jest, że czasami myśl, że druga osoba jest tobą podniecona podnieca i ciebie. Takie samonapędzające się kółko. Im bardziej to wiesz tym bardziej cię to kręci, a im bardziej cię to kręci tym bardziej ta druga osoba to odczuwa i ją również bardziej to bierze.
Więc i Justyna coraz bardziej się nakręcała. Cały czas podczas wolniejszych kawałków ocierała się o mnie, co rozkręcało mnie jeszcze bardziej. Ale potem nadchodziła szybsza piosenka więc ocierania było mniej i mogłem sobie tylko popatrzeć jak kręci tyłeczkiem i potrząsa biustem. A właściwie w dużej mierze sobie to powyobrażać, bo na Sali było dość ciemno i tylko w przebłyskach światła się widzieliśmy. Poza tymi chwilami odczuwaliśmy siebie tylko dotykiem. Nasze podniecenie więc na zmianę to rosło to malało. Kiedyś ktoś mi opowiadał taki dowcip, że pewna para nowożeńców wybrała się do rabina po porady dotyczące pożycia małżeńskiego i zapytali go czy mogą to robić w ten sposób, że on jest na górze, a ona na dole. Rabin im odpowiedział: a dlaczego by nie? Więc młodzi pytają go czy mogą to robić w ten sposób, że ona jest na górze, a on na dole. Rabin im na to: a czemu by nie? Więc oni go pytają czy mogą to robić na siedząco. Rabin znów im na to: a czemu by nie? Więc pytają się na koniec rabina czy mogą to robić na stojąco. A rabin im na to: Aj, waj! Nie! Nigdy! Nowożeńcy pytają więc go: Rabi, ale dlaczego? Rabin im na to: Bo to by się mogło przerodzić w taniec! Coś w tym jest… bo kiedy znów był wolniejszy kawałek, a Justyna przytulała się i ocierała o mnie to po prostu …nie wytrzymałem. W efekcie musiałem pójść do łazienki. Dobrze, że było ciemno, a ja miałem dość długą koszulę którą mogłem wypuścić na spodnie, bo ta plama nie wyglądała najlepiej. Za to Justynę bardzo to rozbawiło. Potem przez cały czas się ze mnie podśmiewała. Ale co ja mam poradzić na to, że ona tak bardzo na mnie działa?
Trochę jeszcze potem tańczyliśmy, plama jakby trochę przyschła i w ogóle wyglądało to już nieco lepiej. Na koniec poszliśmy jeszcze do baru i wypiliśmy po coli, a potem poszliśmy na przystanek. Trochę zaczął siąpić deszczyk a że akurat na tym przystanku z którego odjeżdżają autobusy nie ma żadnego zadaszenia – zmokliśmy i zmarzliśmy. W ciepłym autobusie było już trochę lepiej – Justyna wtuliła się we mnie. Trochę się nawet całowaliśmy, ale trudno jest się całować w autobusie, który co chwila podskakuje na wyboistej drodze i można co najwyżej wybić sobie zęby. Cóż, to tylko piętnaście minut drogi. Odprowadziłem Justynę na jej klatkę w bloku, tam staliśmy prawie na wycieraczce jej mieszkania kolejne dwadzieścia minut obmacując się i całując. Po paru minutach na szczęście zgasło na klatce schodowej światło więc sąsiedzi nie mieli darmowego pokazu. Zmusiłem się, żeby odesłać dziewczynę do mieszkania, żeby się przebrała i wskoczyła do ciepłego łóżka. Trochę żal się rozstawać w takiej sytuacji, ale nie chciałem, żeby się przeziębiła, bo całe ubrania mieliśmy przemoczone. Na schodach wprawdzie nie było zbyt zimno, ale jednak wcale nie tak ciepło. Justyna chciała mnie nawet zapraszać do domu, żebym się trochę też wysuszył, ale jej to wyperswadowałem. Nie ma co przeciągać struny i drażnić jej rodziców bez potrzeby. Wróciłem więc do domu. Deszczyk na szczęście przestał padać. Po drodze zadzwoniłem jeszcze do Kuby. Nawet jeszcze nie spał. Z Andżeliką nie układa się im najlepiej. Właściwie nawet nie z samą Andżeliką, ale z jej rodzicami – w szczególności z matką, która na krok nie odstępuje córki i robi wszystko, żeby ta nie miała żadnej swobody. Niestety Andżelika z dnia na dzień nie pozbędzie się wieloletnich nawyków i nie wyzwoli się z uzależnienia od rodziny. Kuba chyba bardzo jej imponuje swoją samodzielnością i zaradnością i tym, że ktoś wreszcie ją zauważa i liczy się z jej zdaniem. A mój przyjaciel jak chce to potrafi być bardzo sympatyczny i u[przejmy. A dla Andżeliki chce mu się starać. W ogóle Kuba należy do takich osób, które najbardziej pozytywnie wypadają w kontaktach sam na sam. Kiedy jest więcej osób głupieją i zaczynają kombinować jak koń pod górę. Chyba Andżelika ma na niego dobry wpływ, bo Kuba stał się nieco bardziej kontaktowy. Mam nadzieję, że im się uda, bo chciałbym, żeby mojemu kumplowi też poszczęściło się w życiu, a Andżelika wydaje mi się bardzo miłą i po prostu dobrą dziewczyną. Tylko strasznie zahukaną i zakompleksioną. Ale za to można podziękować tylko jej rodzicom. Coś z tym trzeba będzie zrobić, tylko nie za bardzo wiem co. Kuba trochę stara się robić dobra minę do złej gry i udaje, że wszystko jest ok., ale sam widzę, że nie do końca radzi sobie w tej nowej sytuacji. Chyba trzeba zwołać radę wojenną z Pawłem i coś wymyślić. Tylko co? Zastraszyć jej matkę? To tylko może pogorszyć i tak złą sytuację… Kuba cierpi więc sobie w milczeniu, a ja mam nadzieję, że nie rozchoruję się przez ten deszczyk, bo pioruńsko przez to wszystko zmarzłem.

[...] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty

(Dla tych, co nie szprechają – zdanie to po niemiecku znaczy Jestem Polakiem!)
Tak podobno mówili o sobie kilkaset lat temu gdańszczanie. W większości Niemcy, choć dużo wśród nich było Holendrów, Anglików, Szkotów, Duńczyków czy Szwedów. A i inne narodowości się zdarzały. Polaków czy Prusów też było tam sporo, ale żywioł niemiecki zdecydowanie przeważał. I ten żywioł mówił właśnie z dumą o sobie: Wir sind Polen! Jesteśmy Polakami! Skąd nagle wziął mi się ten temat? Po pierwsze kilka dni temu pewien inny i bardziej doświadczony ode mnie bloger zasugerował mi poszerzanie tematyki mojego bloga – nie chcę jej poszerzać za bardzo, ale trochę chyba jednak mogę. Po drugie natomiast świeżo jestem po przeczytaniu pierwszego tomu książki Jacka Komudy Galeony wojny traktującej o chwalebnych dziejach początków polskiej marynarki wojennej której jenym z pierwszych admirałów był Arend Dickmann – prawda, że nosił swojskie polskobrzmiące imię i nazwisko? Arend Dickman (tak pisał się z niemiecka, po niderlandzku byłoby Arend Dijckman – w ogóle pisownia imion i nazwisk była wówczas bardzo płynna) był z pochodzenia Holendrem, większość życia pracował jako kupiec i pływał po większości mórz ówcześnie znanego świata. Na stare lata został natomiast głównodowodzącym admirałem polskiej floty wojennej stworzonej z plecenia króla Zygmunta III Wazy i dowodził podczas zwycięskiej bitwy pod Oliwą w której zginął.
Ówcześni pozostali kapitanowe polskiej floty wojennej też nosili nazwiska niemieckie, a i nazwy statków którymi dowodzili też były niemieckie: Sankt Georg (Święty Jerzy), Fliegender Hirsch (Latający Jeleń) czy Meerweib (Panna Wodna)… Co sprawiło, że wszyscy ci ludzie walczyli i umierali w sprawie zupełnie im obcej, jakiegoś polskiego króla, który akurat wdał się w wojnę ze Szwecją? Przecież tych Holendrów, Niemców czy Szkotów nie powinno zupełnie to obchodzić… Ale obchodziło!

Polska jakoś tak przez większą część swojej historii miała niebywałą zdolność absorpcji innych narodowości – Polakami przecież czuli się właśnie ówcześni gdańszczanie, a mało kto wie, że w ówczesnym Krakowie również częściej było można spotkać Niemca niż Polaka (a w ówczesnym Kazimierzu, który teraz jest dzielnicą krakowską a wówczas był samodzielnym miastem – częściej Żyda). Stefan Batory, który zasiadł na tronie polskim jako drugi król elekcyjny do końca życia nie był w stanie nauczyć się języka polskiego, co wcale nie przeszkadzało mu zostać jednym z najwybitniejszych polskich władców. Jak porozumiewał się więc ze swoimi dworzanami i poddanymi? Otóż wszyscy oni swobodnie mówili po łacinie. Jego poprzednik Henryk Walezy uciekł z Polski ponoć między innymi dlatego, że stwierdził, że w Polsce nijak nie można rządzić – cokolwiek król chciał zrobić zaraz okoniem stawała mu rada królewska, sejm i magnaci i powoływali się na różne prawa i przywileje. Francuz przyzwyczajony do władzy absolutnej jaką znał wówczas z Francji, gdzie najbardziej nawet absurdalne rozkazy królewskie były wykonywane bez szemrania stwierdził, że Królestwem Polskim rządzić się nie da. Jego następca na tronie nie tylko, że udowodnił, że rządzić się da, ale że da się rządzić sprawnie i dobrze. I z tą szlachtą i magnaterią można spokojnie się dogadać i pogonić choćby na kraj świata i tam skopać d… na przykład carowi Iwanowi Groźnemu – akurat wypadło pod Pskowem. Właśnie dogadać się, a nie rozkazać…
I chyba to było tym magnesem przyciągającym nietuzinkowych i zahaczających o geniusz ludzi takich jak wspomniany już na początku przeze mnie Arend Dickmann, który zwyciężył w głośnej w całym ówczesnym świecie bitwie pod Oliwą wprowadzając salwę całoburtową, której Szwedzi wówczas kompletnie nie znali.
Polska w ogóle ma szczęście do wybitnych ludzi obcego pochodzenia. Kolejnym wybitnym królem był Władysław Jagiełło – zwycięzca spod Grunwaldu – akurat Litwin. Zresztą tak uważani za arcypolskich Piastowie genetycznie Polakami wcale nie byli. Nawet jeżeli założymy, że Mieszko I był pełnokrwistym Polakiem to jego syn Bolesław Chrobry Polakiem był tylko w połowie, bo po matce Dąbrówce – w drugiej połowie był już Czechem. Kolejni Piastowie żenili się to z Niemkami to z Rusinkami, to z Dunkami, tak, że ci ostatni krwi w sobie polskiej mieli tyle co nic. Co wcale nie przeszkadzało im czuć się Polakami… Właśnie – to chyba ważne słowo – czuć się. Polakami czuli się też Fryderyk Chopin (po ojcu Francuz, Tadeusz Kościuszko (Rusin – ponoć do końca życia zaciągał i swoje nazwisko wymawiał Kostiuszko), Adam Mickiewicz (sławna fraza Litwo, ojczyzno moja… o czymś jednak świadczy), Józef Piłsudzki (uważający się również za syna ziemi litewskiej)… Kogo się nie wymieni, zaraz można mu się doszukać obcych korzeni i domieszek… Ktoś kiedyś nawet żartobliwie mi stwierdził, że nawet Karol Wojtyła uważany za kwintesencję polskości jako głowa obcego przecież państwa Polakiem być przestał z chwilą objęcia watykańskiego tronu, bo od tego czasu po świecie podróżował nie z polskim paszportem ale z watykańskim.
Nawet generałowie dowodzący polską armią podczas wojny obronnej w 1939 roku nosili w większości arcypolskie nazwiska: Józef Unrug, Juliusz Rómmel, Władysław Anders, Wilhelm Orlik-Rückemann, Franciszek Kleeberg
Oni, albo ich przodkowie, świadomie i z rozmysłem wybrali swoją Ojczyznę. Wybrali Polskę.
No, a teraz coś o mnie (ha, ha… Mickiewicz nie żyje, Słowacki nie żyje… oj, i ja się coś kiepsko czuje…). Moja rodzina też kiedyś właśnie wybrała Polskę. Nie chcę ujawniać z wiadomych względów nazwiska choć kończy się ono na –ski, ale moi przodkowie pochodzą z Księstwa Moskiewskiego skąd musieli uciekać przed prześladowaniami jako ród książęcy na Litwę (wówczas jeszcze niezwiązaną z Polską) – tam jeszcze nawet tytułowali się tytułem wielkoksiążęcym i mogę chyba założyć, że jak cała dynastia Rurykowiczów byli skandynawskiego pochodzenia. Na Litwie chyba też nie najlepiej im się wiodło (chyba ich nie lubili między innymi za ten wielkoksiążęcy tytuł przy dość niewielkim raczej majątku), bo przeprowadzili się dalej na Zachód na ówczesne polsko-litewskie pogranicze czyli na Południowe Podlasie (w Polsce już tytułami po oczach ludzi nie kłuli). I tutaj już zostali do dziś. Wśród przodków mam też Rusinów ze strony matki której ród pochodzi spod podolskiego Stanisławowa, mam też Niemców, Szweda, Francuza (jeden z przodków – uczestnik wojny Napoleońskiej – właśnie Francuzeczkę jako żonę przywiózł sobie do podlaskiego domu), pewnie mam też Żydów (bo jakoś trudno mi uwierzyć, że w kraju w którym ponad 10 procent mieszkańców na co dzień mówiło w jidysz żaden mój przodek nie zakochał się w Żydówce), nie mam za to chyba Węgrów, choć ich bardzo lubię i szanuję… A może mam tylko o tym nie wiem…
Oni wszyscy świadomie wybrali swoją polskość… Może moja rodzina nie zapisała się w polskiej historii jakoś znacząco – nikt z moich przodków nie występuje jako bohater szkolnych podręczników – ale nie mam się czego wstydzić. Żaden z moich dziadów nie zhańbił się zdradą, kolaboracją z zaborcami, okupantami czy czerwoną zarazą jaka panoszyła się w Polsce po II Wojnie Światowej. Kilku moich przodków podpisało się za to pod aktami elekcyjnymi polskich królów jako posłowie z województwa podlaskiego (sam osobiście widziałem podpis jednego z nich w muzeum!), brali udział w powstaniach (o wyprawie napoleońskiej już mówiłem), walczyli też w polskich mundurach podczas II wojny światowej (choć były to mundury szyte samodzielnie, pradziadek podczas wojny zajmował się wysadzaniem pociągów wiozących wojsko i wyposażenie na front wschodni jako żołnierz AK – i zaznaczam nie było to Afrika Korps tylko Armia Krajowa – biorąc udział w czymś, co historycy nazwali później podlaską wojną o szyny). A głównie zajmowali się gospodarowaniem w swoim majątku. I tak zostało do dziś, choć nie jest to już dokładnie to samo miejsce w którym osiedlili się moi przodkowie kiedy przybyli na Podlasie. Z prozaicznego – bądź co bądź – powodu. Pod koniec XIX wieku mój pra- pra- pradziadek majątek ten po prostu przepił.
I jeszcze jedna uwaga, która nasuwa mi się dziś gdy to piszę: kilka dni temu oglądałem w telewizji krótki minireportaż o tym, co dzieje się w polskich ambasadach za naszą wschodnią granicą. O Ukraińcach, Białorusinach czy Rosjanach, którzy chcą przyjechać do Polski i muszą się w polskiej placówce dyplomatycznej upokorzyć i stać w wielogodzinnej kolejce po polską wizę. Zupełnie nie rozumiem tego działania polskich władz… Większość z tych ludzi właśnie chciałaby zostać Polakami, bardzo wielu z tych ludzi ma polskie korzenie (ponoć co najmniej 20 milionów mieszkańców dawnego ZSRR jest polskiego pochodzenia)… Dlaczego Polacy mieszkający w Rosji, w Kazachstanie, na Ukrainie są Polakami drugiej albo trzeciej kategorii? Dlaczego Rosjanie czy Białorusini (nawet ci rdzenni cokolwiek to znaczy) nie mogą dziś po prostu przyjechać nad Wisłę i złożyć podania o polskie obywatelstwo. Dlaczego oni nie mogą wybrać Polski? Podobno najcenniejszym bogactwem każdego kraju są jego obywatele – żywność można kupić, surowce można kupić… nie można kupić ludzi… Ludzie muszą chcieć przyjechać sami. I Rzeczpospolita przyciągała ludzi z całej Europy i dlatego była najpotężniejszym i największym państwem kontynentu. III Rzeczpospolita cieszy się z tego, że jej najzdolniejsi i najbardziej przedsiębiorczy obywatele wyjeżdżają do Niemiec, Wielkiej Brytanii i do Irlandii. A jednocześnie nie pozwala przyjechać pracować i bogacić się Ukraińcom, Białorusinom, Rosjanom, Gruzinom i dziesiątkom innych nacji… Gdzie tutaj sens, gdzie logika…

I dlatego ja właśnie dziś napiszę: Ich bin Pole!

[...] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty

Statystyki bloga

  • 2,783,054 wejść od 23 XI 2007 r.

Moje Liceum

Moje Liceum - Pamiętnik licealisty

Blog tylko dla osób powyżej 18 lat. Zaraz pójdę zapytać mamy czy mogę przeczytać to, co tutaj przed chwilą napisałem...  
Zobacz celebrities nago, poczytaj o skandalach z udziałem polskich i zagranicznych gwiazd (dużo zdjęć!)...
 

 

styczeń 2008
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Poprzednie miesiące

Statystyki/Rankingi

Countomatsite statistics  


Mój blog jest warty 48.550,44 USD.
A ile jest warty Twój blog?

.

Licealista

[...]