Jak już wczoraj pisałem umówiłem sie na wieczór na dziewiętnastą z Justyną. Trochę się postanowiłem wykazać i upiekłem wcześniej sernik i to nie taki jak piecze Doda z torebki, ale prawdziwy – z prawdziwego sera. Sernik już z piekarnika wyjmowała moja mama, a ja w tym czasie poszedłem po Justynę. Spotkaliśmy się w umówionym miejscu i poszliśmy od razu do mnie. Zaczęło się bardzo rutynowo: zrobiłem jej gorącą herbatę z sokiem, poczęstowałem sernikiem – pochwaliła, choć nie wiedziała, że to ja robiłem. W międzyczasie włączyłem muzykę, przygasiłem światło i zostawiłem tylko małą lampkę na stoliczku, zapaliłem dwie świeczuszki… trochę romantyzmu nigdy w takich sytuacjach nie zaszkodzi. Potem były całuski i namiętne buziaczkowanie, które jakoś tak niepostrzeżenie przeszło w bardziej zaawansowane formy pieszczot. Przez cały dzień wzajemnie nakręcaliśmy się tymi wszystkimi SMS-ami więc właściwie nie potrzebowaliśmy oboje żadnej gry występnej i moglibyśmy od razu się do siebie dobrać. Ale chyba oboje lubimy się wcześniej trochę podopieszczać, pogłaskać, podrapać w różnych interesujących miejscach… Ze względu na moich rodziców urzędujących na dole w mieszkaniu nie mogliśmy sobie za bardzo pozwolić na rozbieranie się, ale i tak porozpinaliśmy i porozsuwaliśmy co się dało. Koniec końców nie wytrzymaliśmy i ten petting został zastąpiony innymi jeszcze bardziej satysfakcjonującymi nas wzajemnie rozwiązaniami. Oczywiście nie zrezygnowaliśmy przy tym z głasków i buziaczków… Hmmm… i po kilku minutach oboje poczuliśmy, że coś jest jednak nie tak. To prawda, że Justyna była tam mokra jak chyba nigdy i ślimaczyła sie niesamowicie, ale …nie aż tak. Ewidentnie czułem, że coś mi spływa po wewnętrznych stronach ud. Żadnych dodatkowych środków nawilżających nie używaliśmy. Więc co?… Dziewczyna siedziała na moich udach, bez zdejmowania spódniczki więc ani ja ani ona nie widzieliśmy co się tam dzieje. Zresztą w takich chwilach myślenie racjonalne nie do końca dobrze funkcjonuje. Dopiero po chwili oboje na siebie spojrzeliśmy i Justyna postanowiła podnieść spódniczkę do góry, nieco się sama unieść i zobaczyć czy wszystko jest ok. Nie było.
Justyna z tych wszystkich emocji dostała okresu. Po prostu… Jak mi potem powiedziała teoretycznie powinien być dwa lub nawet trzy dni później, ale to tylko taka teoria. W praktyce dziewczyna miała miesiączkę trochę wcześniej. I to jaką! Oboje zaczęliśmy się najpierw trochę nerwowo a potem już tak serdecznie śmiać. Nie było już wcale romantycznie – było śmiesznie. Wszystko to działo się na moim ulubionym fotelu przykrytym na szczęście narzutką – narzutka oczywiście do prania, spódniczka Justyny cała utytłana od wewnątrz, bo wszystko to się przy okazji wszystkich tych namiętności porozmazywało dookoła zanim cokolwiek zauważyliśmy – na zewnątrz na szczęście trochę mniej, ale i tak było widać plamy. Ja osobiście odniosłem najmniejsze straty, bo spodnie miałem w okolicach kostek i tylko na rogu poły moja koszula nieco się ubrudziła.
Na szczęście mam własną łazienkę na górze obok mojego pokoju i Justyna mogła tam pójść doprowadzić się do porządku. Po drodze musiała trzymać rękę z chusteczkami w strategicznym miejscu, żeby nie nachlapać bardziej. Znów zaczęliśmy się śmiać… Okazało się, że spódniczka od przodu ma niestety plamy za duże, żeby można było myśleć o jej ponownym nałożeniu. Tylko majteczki Justyny ocalały z całego tego potopu ponieważ były daleko od centru wydarzeń. Tak się dobrze złożyło, że dziewczyna miała w torebce pieluszki więc mogła sobie jedną założyć. Inaczej byłby niezły kłopot, bo co? Miałem pójść do mojej mamuśki i powiedzieć: Hmmm… Mamusiu… potrzebna jest mi podpaska? Mogłabyś mi jedną dać? Swoją drogą kiedyś chyba wykonam taką akcję może w charakterze eksperymentu… Ciekawe jak zareaguje?…
Znalazłem dla dziewczyny jakieś swoje stare spodnie z których wyrosłem kilka lat temu, a które z niewiadomych powodów przechowywałem w szafie. To już teraz znam ten powód… Hmmm… Jeszcze z tego wszystkiego zacznę wierzyć w przeznaczenie!… Justyna w tych spodniach wyglądała bardzo zabawnie, trochę jak Charlie Chaplin w Brzdącu znów zaczęliśmy się śmiać… a potem znowu i dostaliśmy oboje ogólnej głupawki do tego stopnia, że zaczął nas śmieszyć sernik. No, no siedzimy nad serem i śmiejemy się jak głupi do sera… ha, ha, ha… O żadnych kontynuacjach nie mogło być już nawet mowy, bo przy każdej próbie pocałowania się dostawaliśmy znów ataku histerycznego śmiechu. Masakra… W efekcie zainteresowała się tym nawet moja rodzina, bo po jakimś czasie do mnie na górę wgramoliła się moja mamuśka, zapukała, weszła i zastała nas nad herbatą, sernikiem i w stanie ogólnej totalnej wesołości. Zapytała z głupia, czy nie wiem gdzie jest kabel od piekarnika. Musiałem pójść jej ten kabel odszukać, po drodze moja rodzicielka bardzo uważnie się mi przyglądała – na szczęście zdążyłem zmienić koszulę. Nie wiem, czy może podejrzewała, że palimy jakąś marihuanę czy, że czegoś się najedliśmy, a może że czegoś dosypałem do tego sernika. Może jednak nie eksperymentować z tymi podpaskami, bo jeszcze skończy się na badaniach psychiatrycznych… Kiedy wróciłem do Justyny na górę znów dostaliśmy atak głupawki. Potem się to trochę uspokoiło, ale nie do końca, bo jeszcze co jakiś czas oboje wybuchaliśmy śmiechem – jednocześnie i bez żadnej wyraźnej przyczyny.
Odprowadziłem dziewczynę do domu już dobrze po dwudziestej drugiej. Na jej klatce schodowej zaczęliśmy się znów całować, tym razem już bez histerycznych chichotów, tylko tak namiętnie i z namaszczeniem. Na zakończenie usłyszałem od Justyny pytanie: To co, zaprosisz mnie jeszcze? Odpowiedziałem, że może przyjść kiedy chce, a ona na to: To może lepiej będzie za kilka dni jednak… i znów wybuchnęliśmy śmiechem.

No, dobrze… Tylko jak sprać krew z kapy, bo matki w to jednak nie będę angażował. Jej już wystarczy stresów związanych z podejrzewaniem jedynego syna o palenie trawki wspólnie z małoletnimi dziewczętami. Bo co ona sobie pomyśli jak zobaczy te plamy? Że co my niby tam zrobiliśmy?

[...] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty