W piątek z Pawłem wybraliśmy się nad wodę na ostatnie ognisko w tym roku. Trzeba było wykorzystać ostatnie chwile przyzwoitej pogody tej jesieni, bo na następną okazję przyjdzie nam pewnie poczekać do wiosny. Kuba jak zwykle nie mógł się z nami wybrać – tłumaczy się, że chory i że ma katar. Ale coś mi się wydaje, że to tylko takie wymówki – po prostu iść mu się nie chciało… i tyle.
No więc się wybraliśmy: ja i Paweł i jeszcze dwie dziewczyny z klasy PawłaAnia i Gosia. Rozpaliliśmy ognisko tuż przy wodzie; takie nieduże, ale żeby było cieplej i żeby dało się upiec na ogniu kiełbaski. Wyszło fajnie. Potem było grzane wino z termosu. Dziewczyny się podochociły, zaczęliśmy śpiewać na cztery nierówne głosy różne mniej lub bardziej przyzwoite piosenki. Głównie mniej. Było dużo śmiechu, bo Paweł śpiewa jak przeciętna koza. Ja niewiele lepiej. Tylko dziewczynom to wychodziło jako tako. Było zimno więc naturalnie nastolatki zaczęły się do nas kleić – nawet naturalnie to wyszło… Potem były różne obiecanki-macanki ale do niczego szczególnego nie doszło. Ot, takie tam… Za zimno. Szkoda.
Zabawę przy ognisku skończyliśmy dopiero przed północą. Wracaliśmy do domu przez las przytuleni do dziewczyn. Co jakiś czas były całuski i czułe słówka. Romantycznie. Ale raczej bez zobowiązań. Z drogi nagle smyrgnęła nam sarna. Dziewczyny się przestraszyły – my trochę też, ale graliśmy bohaterów do końca. W ostatniej chwili zwierzaka spostrzegliśmy – był może dziesięć metrów od nas. Dawno już nie widziałem sarny z tak bliska.
Odprowadziliśmy Anię i Gosię do domów i poszliśmy do siebie.