W naszej szkole pracuje nauczycielka plastyki. Choć ma ona nieco inną ksywę to na potrzeby tego bloga będę ją nazywał Bladacznicą – sami rozumiecie, wymogi anonimowości, he, he… Jest to kobieta w wieku trolejbusowym (ciekawe określenie, którym posługuje się mama mojego przyjaciela Pawła, ponoć swego czasu wszystkie warszawskie tramwaje miały numery zaczynające się powyżej 50), z kategorii tych, które łatwiej przeskoczyć niż obejść. Wyjątkowa zołza z przerostem mniemania o sobie i ważności przedmiotu, którego uczy.
Otóż Bladacznica zleciła nam na lekcji wykonanie pewnego rysunku. Cała klasa zabrała się do pracy i po pół godzinie większość uczniów miała już wykonane prace. Bladacznica powiedziała, że kiedy skończymy, mamy udać się do niej i jej pokazać. No więc kiedy się udałam ja ze swoim rysunkiem nauczycielka spojrzała raz na mnie raz na rysunek raz na mnie raz na rysunek – spurpurowiała i krzyknęła: Zabierz mi to paskudztwo sprzed oczu! Zabieraj mi to natychmiast! Zabieraj tego bohomaza! Co miałem zrobić? Zabrałem.
Kilkanaście minut później kiedy lekcja miała się już ku końcowi poszedłem jeszcze raz z tym samym rysunkiem (nic nie ścierając ani nie dorysowując na nim) do Bladacznicy. Tyle, że rysunek był odwrócony do góry nogami. Nauczycielka spojrzała tym razem tylko na niego. Bardzo ładnie. Pięć. – czego jak czego, ale tego się nie spodziewałem. Podziękowałem, kiedy tłuściutka piątka wylądowała w dzienniku.
Ot, kto zrozumie sztukę nowoczesną?…
Tak oto wyglądają lekcje plastyki w naszym liceum.

[…] Więcej…