Ostatnio byłem na dwóch pogrzebach. Na pierwszym ponad miesiąc temu, a na drugim dzisiaj. Miesiąc temu był to pogrzeb pewnej staruszki-nauczycielki na który zostaliśmy zgonieni jako reprezentacja szkoły. Oczywiście nikt z nas nauczycielki nie znał chyba osobiście; kobieta przeszła na emeryturę ze trzydzieści lat temu i od tej pory ze szkołą nie miała nic wspólnego. Natomiast dziś byłem na pogrzebie pewnego pana, który był moją bardzo daleką rodziną. Sam dokładnie nie jestem w stanie określić jaki łączył nas stopień pokrewieństwa.
Oczywiście oba pogrzeby odbył się w sposób tradycyjny tzn. najpierw wyprowadzenie do kościoła, potem msza katolicka, wyprowadzenie na cmentarz, złożenie do grobu a następnie stypa. Z oczywistych względów na stypie przy okazji pierwszego pogrzebu nie byłem natomiast w tym drugim przypadki i owszem.
Co łączyło poza tym oba te pogrzeby? Otóż łączył je płacz obu rodzin. Nie jest moim zamiarem wyśmiewanie łez bliskich po stracie kogoś z rodziny – daleki jestem od tego. Będzie więc teraz bardziej ogólnie. Dlaczego ludzie płaczą na pogrzebach skoro podobno wierzą w Boga? W obu przypadkach umierali ludzie starsi, którzy siłą rzeczy mogą spodziewać się śmierci. Co więcej umierają po długiej, ciężkiej i wyczerpującej chorobie uciążliwej zarówno dla nich jak i dla ich rodzin. Umierają pojednawszy się z Bogiem, przyjmując przed śmiercią katolickie sakramenty, spowiadając się. Wydawałoby się, że czeka ich prosta droga do nieba; no może z ewentualną króciutka przesiadką w czyśćcu. Piekło w żadnym przypadku. Umierający przestają cierpieć, trafiają do krainy wiecznej szczęśliwości, do Boga. Sprawiedliwego i miłosiernego. Nic im nie grozi – żadnych mąk piekielnych, żadnych ogni i gotowania w kotle pełnym smoły mieszanej co i rusz przez szatanów. Niebo.
Ale ich bliscy płaczą i lamentują, niemal rozpacz. Powtarzają pacierz w którym jasno i wyraźnie mówią o bliskim zbawieniu, miłosierdziu Boga i tego typu sprawach. I płaczą.
Więc albo nie wierzą w Boga i zbawienie albo wiedzą coś więcej o ciężkich grzechach swoich bliskich z których ci się nie wyspowiadali i wiedzą, że ich bliskich czeka wiekuiste smażenie się w ogniu piekielnym. Albo albo. Ludzie, którzy umierają przestają cierpieć, trafiają do nieba gdzie spotykają się z Bogiem – dla katolików i chrześcijan w ogóle jest to kwintesencja szczęścia. Chrześcijanina nie może spotkać nic lepszego niż spotkanie z Bogiem. Skąd więc te łzy, skąd płacz i lament? Czyżby jednak piekło? Czyżby ci ludzie nagrzeszyli w swoim życiu tyle, że nie mają co liczyć na Boże miłosierdzie i na zbawienie w niebie. Przecież jeden ze zbójców o którym się powszechnie uważa, że na sumieniu miał morderstwa – zbrodnie najcięższe z możliwych, a który zawisł na krzyżu obok Jezusa Chrystusa otrzymał tam od Syna Bożego obietnicę zbawienia, kiedy powiedział, że słusznie odbywa swoją kaźń – była to forma spowiedzi i wyznanie wiary. Przecież Bóg nie zamknął drogi do zbawienia przed nikim, bo co może niektórych oburzać, ale jak powiedział uczący mnie religii ksiądz, droga do nieba stoi otworem nawet przed Adolfem Hitlerem, Józefem Stalinem, Włodzimierzem Leninem, Mao Tse Tungiem. Stoi też otworem przed Aleksandrem Kwaśniewskim i Wojciechem Jaruzelskim. Wymaga tylko wyznania wiary, żalu za grzechy i pokuty. Na ziemi albo w czyśćcu. Dlaczego więc ludzie ci płaczą? Jakie grzechy popełnili ci chowani ludzie, że ich bliscy obawiają się piekła dla nich?
A może po prostu chodzą do kościoła, bo tak się nauczyli i przyzwyczaili? Bo tak nakazuje obyczaj i społeczny konwenans? Modlą się, bo tak wypada? Przed innymi, sąsiadami, znajomymi, koleżankami i kolegami z pracy? A sami wszyscy jak jeden mąż tylko hipokrytycznie udają, że wierzą w Boga, zbawienie i niebo? A tak naprawdę uważają, że po śmierci czeka nas co najwyżej spotkanie z robakami, które zjedzą nas w grobie?

[…] Więcej…