No i stało się. Jesteśmy buntownikami i rewolucjonistami. Tak przynajmniej uważa nauczycielka chemii i nasza wychowawczyni. Obie nam to wykrzyczały przy akompaniamencie trzaskających drzwi. Dyrektorka załamuje ręce. Bo dla niej powiedzieć, że nauczycielki złamały statut szkoły to źle, a powiedzieć, że uczniowie mają rację to jeszcze gorzej. Iście Hamletowski dylemat. Ideał sięgnął bruku a księgi trafiły pod strzechy czy jak to tam było. Ale od początku…
Tydzień miał obfitować w sprawdziany. Nasze nauczycielstwo postanowiło załatwić jak najwięcej jeszcze przed Bożym Narodzeniem i mieć ten semestr z głowy styczeń zostawiając sobie na dręczenie tych, którzy chcieliby się poprawiać. Więc ten tydzień i przyszły miał się składać z samych klasówek. I jednego sprawdzianu. Tylko jednego. Jaka jest różnica? Otóż zasadnicza. Statut szkoły mówi, że sprawdzian może być tylko jeden dziennie i trzy w tygodniu. Natomiast klasówek może być ile dusza zapragnie. Czym się różni sprawdzian od klasówki. Otóż i tu różnica jest zasadnicza: sprawdzian trwa całą godzinę, a klasówka jest zawsze krótsza. Trwa na przykład… czterdzieści minut. I tu powstało zarzewie buntu. Nikomu w klasie a tym bardziej w szkole nie uśmiechało się codzienne pisanie po dwie trzy klasówki. I tak przez cały tydzień. Okazja trafiła się już we wtorek. W poniedziałek był oficjalny sprawdzian z fizyki. Napisany. Ale we wtorek zapowiedziane zostały trzy klasówki. Najpierw rosyjski, potem chemia, a na koniec język polski. I tą klasówkę z rosyjskiego nasza klasa również musiała napisać. Ale na chemii powiedzieliśmy, że zgodnie ze statutem szkoły tego sprawdzianu nie piszemy, bo wówczas złamiemy szkolne prawo. Chemica dostała najpierw białej gorączki, że się jej sprzeciwiamy, a następnie kazała nam wyciągać kartki i pisać. No to wyciągnęliśmy i najpierw podyktowała nam zadania. Zapisaliśmy je grzecznie, ale na tym grzeczność się skończyła. Wszyscy, którzy obecni byli na lekcji pod podyktowanymi zadaniami napisali, że zgodnie ze statutem szkoły nie możemy pisać kolejnego sprawdzianu ponieważ jeden już dziś pisaliśmy – z rosyjskiego. I cała klasa oddała kartki. Chemica jak wcześniej dostała białej gorączki to teraz to trzeba było nazwać apopleksją. Z satysfakcja w oczach wstawiła całej klasie do dziennika od góry do dołu jedynki, nawet tym osobom, które nie przyszły do szkoły. Stwierdziła, że statut szkoły to ma ona głęboko w d… Pokrzyczała, pokrzyczała, postraszyła nas dyrektorką i poszła w diabły. Na kolejnej lekcji – polskim z naszą wychowawczynią – miała być również klasówka. Wychowawczyni chyba nie spotkała chemicy, bo nic nie mówiła, a na pewno nie omieszkałaby nawiązać gdyby coś się działo a ona o tym wiedziała. Sytuacja się powtórzyła. Krok w krok. Jedynki wylądowały w dzienniku, z tym, że trzeba wychowawczyni sprawdziła skrupulatnie kto nie przyszedł na lekcję i tym osobom jedynek nie wstawiła mówiąc, że z tymi osobami to ona sobie jeszcze porozmawia. Trzasnęła drzwiami i poszła do dyrektorki. Tak przynajmniej powiedziała. Nawiasem mówiąc to moje pierwsze jedynki w liceum – od razu dwie jednego dnia i w takim towarzystwie! Czad!
Obie – tzn. wychowawczyni i dyrektorka wróciły po kilkunastu minutach – i jedna czerwona, a druga blada jak kreda wykrzykiwały na nas i wyzywały od buntowników i rewolucjonistów. W towarzystwie Lenina czułem się trochę nieswojo, ale jakoś ścierpieliśmy. Po kolejnych kilku minutach pojawiła się jak spod ziemi chemica. Dołożyła swoje twierdząc, że ona takiej bezczelności to jak żyje jeszcze nie widziała. Każdy w klasie chyba sobie wtedy pomyślał, że chemica niewiele jeszcze widziała w życiu, bo znana jest z tego, że boi się jakichkolwiek zwierzą większych od kota. Mniejszych od kota zresztą też. I dlatego z miasta, się nie rusza. Cała klasa wybuchła śmiechem na te słowa. Chemica w histerii zaczęła krzyczeć do nas: Czego się śmiejecie, barany?! Zrobiło się naprawdę wesoło… I wtedy pojawiła się jeszcze w tym wszystkim woźna, która ni stąd ni zowąd weszła do klasy i zapytała dyrektorkę, czy pan Zenek dzisiaj przywiezie te detergenty czy jutro. Odjazd pełen. Dyrektorka nieco blada stwierdziła, że ona ma już na dzisiaj dość tych problemów, zastanowi się co zrobić do jutra, o panu Zenku nic nie wie, a w ogóle to niech wszyscy jej dadzą spokój.
Jako, że to była ostatnia lekcja, a i tak już było po dzwonku ogłaszającym przerwę (jak ten czas szybko płynie w wesołej atmosferze?) klasa poszła sobie do domu. Trochę zmartwiłem się o los wycieczki szkolnej do Zakopanego – Bóg jeden wie jak i kiedy to się skończy?
Interesujące, że nauczycielstwo ma w takiej pogardzie statut szkoły natomiast Karta Nauczyciela to dla nich świętość i bronią jej niczym Fidel Castro komunizmu. Ja widzę tu pewną niekonsekwencję, mój przyjaciel Kuba też, inni to nie wiem, ale chyba coś w tym jest. Kiedy wróciłem do domu i opowiedziałem ojcu o szkolnych breweriach mój rodziciel spojrzał na mnie i stwierdził: Synu, tylko pamiętaj, żeby powstanie robić tylko i wyłącznie po uprzednim zdobyciu magazynów z bronią a nie przed. I wybuchną śmiechem jakiego bym się po nim nigdy nie spodziewał.
A tak jeszcze na marginesie: do naszego buntu i obywatelskiego nieposłuszeństwa przyłączyła się również Angelika. Dziewczę znane w klasie głównie dzięki temu, że jest tak zahukane, znerwicowane i przestraszone, że na jej osobistym przykładzie można by chyba napisać jakiś przekrojowy podręcznik do psychologii i psychiatrii. Dziewczę ma chyba więcej kompleksów niż włosów na głowie i uczy się jak opętane – głownie ze strachu, bo raczej niewiele rozumie z tego, co potem wylewa na klasówkach albo przy tablicy. Nauczycielki ją lubią, bo nie stwarza im żadnych problemów i sprawia wrażenie, że przeprasza, że żyje. I dlatego bardzo się zdziwiłem, ze Angelika przyłączyła się do naszego buntu. Kiedy dyrektorka, nasza wychowawczyni i chemica wywrzaskiwały na nas wszystko co tylko możliwe to jak na nią spojrzałem to myślałem, że zaraz się rozpłacze, podbiegnie do nauczycielek, rzuci się im do kolan i z płaczem zacznie kajać się i przepraszać za wszystkie grzechy świata i prosić o wybaczenie. Na szczęście siedzi w takim miejscu, że trudno jest jej stamtąd wyjść nie przepychając kogoś. A przepchnięcie się obok kogoś jest dla niej chyba równie trudne i niewyobrażalne jak wsadzenie komuś noża pod żebro. Więc Angelika tego nie zrobiła. Stała tylko tam w swoim kąciku i pochlipywała pod nosem.
Kiedy wyszliśmy po szkole i szedłem do domu zauważyłem jak Angelika idzie samotnie skraweczkiem chodnika tak by nikomu nie wadzić. Dogoniłem ją i się przywitałem. Nigdy wcześniej z nią nie rozmawiałem, bo dziewczyna robi wszystko, by zejść światu z drogi. Tym razem jednak nie mogła. Powiedziałem jej w sumie nawet bez zastanowienia, że jestem z niej dumny, że się też zbuntowała z nami i że ją za to podziwiam. Spojrzała na mnie taka przestraszona, że myślałem, że się rozpłacze, ucieknie, albo zapadnie pod ziemię. Trochę na wyrost chyba dodałem, że wszyscy, cała klasa jest z niej dumna i że gdyby któraś z nauczycielek miała o to do niej pretensję to niech powie, że ją do tego zmusiliśmy i żeby się tym nie martwiła, bo jeżeli kilku uczniów dostaje złe oceny, a reszta dobre, to jest to ich osobisty problem – widocznie są albo za głupi albo za leniwi żeby się nauczyć. Ale jeżeli cała klasa dostaje pały to przestaje to być problemem uczniów, a staje się problemem nauczyciela i szkoły. Bo oznacza to, że nauczycielka jest albo za głupia albo za leniwa, żeby nauczyć czegokolwiek swoich uczniów, bo wszyscy głupi być nie mogą. I tak samo dyrektorki, bo zatrudnia niekompetentnego nauczyciela. Więc niech się nie martwi i nie przejmuje i zacznie modlić się, żeby się teraz trafiła jakaś inspekcja z kuratorium. Angelika spojrzała na mnie jakoś tak dziwnie jakby miała zaraz zemdleć, ale powiedziała cichutkim głosem: Nie, to ja sama chciałam… I znów się zamknęła w sobie i wbiła oczy w trotuar. Powiedziałem jej więc, że jej dziękuję za to, niech się trzyma i nie boi i że zawsze może na mnie liczyć. Spojrzała wtedy na mnie już ze łzami w oczach – nie chciałem jej zawstydzać, a przytulenie raczej nie wyszłoby naturalnie, bo pewnie zaczęłaby uciekać z płaczem – więc się pożegnałem i poszedłem w inna stronę. Dziwna sytuacja. Angelika to w ogóle jakieś pokrzywdzone dziecko i nie wiem czy mam ochotę wgłębiać się w jej psychikę. Przynajmniej na razie. Już samo imię (naprawdę nazywa się inaczej, ale imię ma w tym typie) zwiastuje zakompleksionych rodziców wpatrzonych w świat za pośrednictwem brazylijskich i argentyńskich tasiemców i z wielkimi niespełnialnymi nadziejami pokładanymi w potomstwie. To zapowiada nieszczęście. Głównie dla dzieci. Jak można dać tak dziecku na imię? Jak można je tak krzywdzić już na samym początku jego życia? To ma być miłość rodzicielska?

[…] Więcej…