Przychodzę do Justyny dopiero około szesnastej, ale się okazuje, że wcześniej się mnie nie spodziewała, chociaż, jak sama pozwiedzała, bardzo chciała, żebym przyszedł. Przywitałem się z nią (zaśliniony buziaczek), potem z jej rodzicami (wychodzą! więc to tak…), Justyna nas sobie przedstawia (kolega, ale jest miły, kto ją tego nauczył?), robi sobie i mi cappuccino, częstuje świątecznym ciastem. Jest smaczne, ale mam niejasne przeczucie i dziwne wrażenie, że z rąk Justyny to by mi nawet szpinak smakował jak czekolada. W końcu jej rodzice decydują się wyjść (Bawcie się dobrze, dzieciaki! A ty bądź miła dla swojego kolegi!, kto ICH tego nauczył?), a Justyna odprowadza ich do drzwi, zamyka za nimi i znika w łazience i po chwili pojawia się w samej bieliźnie ode mnie! Wygląda wspaniale! Pyta, czy się mi podoba. Głupie pytanie; pewnie, że mi się podoba. Wskakuje mi w tym na kolana, przez cieniutki materiał prześwitują jej brązowawe sterczące sutki, w staniczku prężą się śliczne piersi… Półprzeźroczyste majteczki też więcej odsłaniają niż zasłaniają. To był jednak dobry wybór, żeby jej właśnie kupić ten, a nie inny komplet bielizny. Grubszy materiał nie dawałby takich widoków. Zaczynamy się namiętnie całować, z języczkiem i z dużą ilością śliny. Robi się bardzo romantycznie. Justyna ściąga ze mnie koszulkę urywając przy tym dwa guziki – jest bardzo zwierzęca i namiętna, jeszcze bardziej niż za poprzednim razem. Moje ręce wędrują po jej wypukłościach i czasami zaglądają też w dołeczki. Mało nie rozbijam sobie głowy zdejmując spodnie i slipy. Po raz pierwszy przydają się gumki sprezentowane mi przez Justynę w poprzedni piątek. Jest bardzo perwersyjnie i bardzo nieprzytomnie płomiennie. Lądujemy na puchatym dywanie w dużym pokoju mieszkania jej rodziców; ona kończy chyba w piętnaście minut, ja zaraz po niej. Idziemy do jej pokoju, nigdy tu jeszcze nie byłem. I trochę inaczej go sobie wyobrażałem; nie wiem jak, ale jakoś inaczej. Prawdziwy pokój Justyny przypomina trochę pokój małej dziewczynki, cały w różowych tonacjach, wszędzie stoją jakieś lalki i pluszowe misie, ale całość sprawia nawet dobre wrażenie. Justyna rozstawia po meblach małe lampki z parafiny i zapalamy je zapalniczką. Może powinny to być zapałki, zapałki są bardziej romantyczne, ale jakoś nie mamy. Zapalniczka musi wystarczyć. Jest bardzo nastrojowo, jej ciało prześlicznie się prezentuje w takim migotliwym świetle. Za drugim razem jest już trochę spokojniej i robimy to bardzo baaardzooo długo. Uwielbiam jak Justyna oblizuje mnie swoim zwinnym języczkiem, jest przy tym taka wrażliwa i delikatna i …kocia. Udaje jej się doprowadzić mnie samym języczkiem, bardzo mi się to podoba i chcę jej zrobić tak samo. Nie wiem, czy robię to za szybko czy za mocno, ale jakoś nie udaje mi się jej zrobić dobrze w ten sposób. Na szczęście mój przyjaciel zabaw jest w stanie bez problemu mi w tym pomóc. Justyna dochodzi klasycznie i wygląda na bardzo zadowoloną z siebie. Wylegujemy się jeszcze przez jakiś czas na jej różowym łóżku i patrzymy na palące się świeczuszki. Głaszczę ją po piersiach, brzuchu i udach. Robię się trochę senny (hmmm… męska natura nie daje żyć). Właściwie nawet nie rozmawiamy, bo przez większość czasu prawię jej jakieś komplementy, ona się przeciąga i wtula we mnie.
W końcu idziemy do łazienki i włazimy do wanny (coś często ostatnio ląduje w wannach z dziewczętami). Woda nas trochę ożywia, bo najpierw jest trochę za zimna, a potem trochę za gorąca. Zaczynamy się strasznie chlapać i po chwili cała łazienka jest pełna wody. Zaczynamy się śmiać i znów do siebie lgniemy. Oboje siedzimy w gorącej wodzie; ona na moich kolanach (wiem, trochę niebezpiecznie, ciąża i te sprawy…) i się całujemy jak opętani. Znów robi się ogniście i namiętnie. Znów gra pomiędzy nami ta chemia… W końcu nie wytrzymujemy i wyskakujemy z wanny i nawet się nie wycierając dobieramy się do siebie. Ja siedzę na krawędzi, a ona na mnie z nogami w wodzie – dobrze, że chociaż o gumce pamiętaliśmy… Tym razem trwa to co najmniej dwadzieścia minut i cały czas Justyna rozchlapuje stopami wodę po całej łazience. Dziewczyna wygląda niesamowicie z mokrymi włosami. Po wszystkim spuszczamy wystygłą wannę z wanny i bierzemy jeszcze szybki prysznic. Jesteśmy oboje cali spoceni.
Pomagam jej posprzątać mieszkanie; nie jest tak źle, większość rozchlapanej wody po prostu wyschła i wystarczy przetrzeć szmatką, żeby nie było plam i zacieków. Jesteśmy trochę zmęczeni, ale to akurat nic dziwnego. Kto by nie był? Trochę się jeszcze całujemy, ale tak romantycznie i delikatnie, to takie bardziej skubanie niż pocałunki. Justyna suszy włosy suszarką, śmiejemy się znów, bo suszarka je rozwiewa i Justyna wygląda jak nimfa. Moja czupryna wyschła sama, bo jest krótko przycięta i wystarczy ją zostawić w spokoju na pięć minut. Potem długo ją czeszę – siedzimy razem w jej pokoju na tym różowym łóżku w różowym pokoju pełnym lalek i misiów z dzieciństwa, a ja znów zaczynam się podniecać. Przesuwam po jej długich włosach grzebieniem, staram się jak najdelikatniej, ale i tak kilka razy ją trochę szarpnąłem. Potem jest już lepiej i w końcu czeszę ją tylko dla samej przyjemności głaskania i poczucia bliskości. Tej jej włosy dla mnie to już chyba jakiś fetysz. Kiedy spoglądam na jej piersi, to też widzę, że jej sutki stwardniały i wesoło sterczą do góry. Czyli mojej Justynie tez się to podoba. Gryzę ją w kark i zaczynam udawać wampira napastującego bezbronne dziewice. Śmiejemy się i jeszcze trochę tarzamy po jej łóżku…
W końcu Justyna musi mnie wygonić do domu, bo nie chce, żeby jej rodzice wiedzieli, że siedziałem tutaj tak długo, a poza tym mogą zaraz wrócić. Wychodzę od niej i jeszcze na progu lecimy długo w ślinę. Uwielbiam takie perwersyjne pocałunki.

Po drodze do domu dzwonię do Pawła. Pytam co słychać. Okazuje się, że właśnie wyszedł od swojej Kasi. Umawiamy się za parę minut na rynku. Paweł wygląda na bardzo zadowolonego z siebie, większą część świąt spędził z Kasią, ale nie chce więcej mówić. Rozumiem go, niektóre rzeczy lepiej zostawiać sobie. Dzwonimy jeszcze do Kuby ale nie odbiera. No, cóż… Każdy ma prawo do świąt. Rozmawiamy jeszcze moment i wracam do domu. Po powrocie dostaję jeszcze burę od mamuśki, że się szlajam nie wiadomo gdzie (a co? u koleżanki byłem…) zamiast spędzać Święta z rodziną. Bura chyba jest bardziej pro forma i ma najwyraźniej aspekt tylko pedagogiczny.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty