Z Anitą i Agnieszką wstaliśmy dopiero koło dziesiątej – strasznie zaspani i w ogóle nie do życia. Dopiero poranny prysznic postawił nas jako tako na nogi. Uwielbiam moje kuzynki – zawsze mają dobry humor i zawsze chęć do wspólnych psot. Ciotka i wuj ze swoim przychówkiem przyjechali około jedenastej, kiedy wychodziliśmy spod prysznica. Dobrze, że się zdążyliśmy bo dwoje najmłodszych (Grzesiek i Dominik) wpadło od razu do nas na górę. Dziewczyny ledwo zdążyły biustonosze pozapinać… Ach, te dzieciaki! Zeszliśmy zaraz na świąteczne śniadanie (czyli było dojadanie resztek po wigilii, tyle, że resztek było więcej, niż zdołaliśmy zjeść podczas samej kolacji wigilijnej). Potem pojechaliśmy na mszę do kościoła. Ksiądz jakoś się zdołał wyspać i mówił trochę składniej.
Wróciliśmy po mszy do domu i całe moje kuzynostwo do wieczora siedziało w moim pokoju podjadając świąteczne wypieki oraz zapijając to wszystko dużą ilością gazowanych napojów. Do porzygania! Jak świętować to świętować! Rozmawialiśmy sobie dużo, słuchaliśmy muzyki (Wiola przywiozła ze sobą trochę nowych płyt), graliśmy w scrabble i było wspaniale. Maluchy układały klocki na podłodze (najlepszy świąteczny prezent dla dzieciaków! obaj chłopcy dostali wczoraj po pudle, które waży po dobre osiem kilo!) i jeździły pomiędzy nimi samochodzikami z głośnym brum! brum! i tuu! tuu! Święta!

Dość rzadko widuję Agnieszkę i Anitę – sto pięćdziesiąt kilometrów do Warszawy robi swoje, ale zawsze dobrze się razem bawimy i świetnie się nam ze sobą gada. Moje kuzynki są pod tym względem niezrównane. Z drugą częścią rodziny czyli kuzynostwem ze strony mojej mamy widuję się nawet kilka razy w miesiącu, cztery kilometry to, szczególnie latem, jest odległość na kilkanaście minut rowerem. Wiola, Marcin oraz Gabrysia są w tym wieku, że da się z nimi sensownie rozmawiać, szczególnie z dziewczynami. Wiola jest w wieku Anity (obie mają po piętnaście lat) czyli są o rok młodsze ode mnie, a dwunastoletnia Gabrysia jest bardzo dorosła jak na swój wiek i za wszelką cenę stara się doszlusować do starszego rodzeństwa, bo ze względu na wzrost zawsze istnieje obawa, że ktoś może ją skojarzyć z maluchami, a tego chce uniknąć za wszelką cenę. Więc Gabrysia musiała przejść szybką szkołę dorastania i pod tym względem dawno przegoniła wyrośniętego Marcina, który jednak, co tu dużo mówić, inteligencją i elokwentnością nie grzeszy. Jedna czarna owca w rodzinie to i tak niezły wynik. O maluchach trudno coś na razie zawyrokować. Klocki składają sprawnie, ale co z tego będzie to się dopiero okaże za kilka lat.
Wieczorem oddaliśmy młodsze dzieciaki pod opiekę naszych rodziców, a sami w sześcioro poszliśmy na spacer po mieście, żeby pooglądać zapalone choinki i w ogóle się przejść. Zawsze rzucaliśmy się w takich przypadkach śnieżkami, ale w tym roku Boże Narodzenie mamy paskudnie szaro-bure i bezśnieżne. Na szczęście nie pada deszcz i nawet zimno nam nie przeszkadza. Wesoło odmaszerowujemy sobie całe miasteczko dookoła (prawie dwie godziny!) i wracamy do domu na kolację. Ciotka z wujem zabierają swoje pociechy do samochodu i wracają do siebie. Za to stryjenka i stryj, chociaż planowali, że pojadą tego wieczoru przekładają wyjazd na jutro rano. Mój ojciec nie skąpił stryjowi wina domowej roboty (wujowi zresztą też, ale oni mają tylko kilka kilometrów prostą drogą przez las, poza tym prowadzi ciotka, która przezornie moczyła tylko wargi w tym winie). Stryjostwo oraz moje kuzynki Anita i Agnieszka zostają u nas więc do jutra, bo nikt nie wypuści ich do Warszawy w takim stanie. Z dziewczynami idziemy więc na górę i oglądamy jakieś filmy w telewizji, ale nic konkretnego, bo głównie skaczemy z kanału na kanał. Potem idziemy jeszcze na dół powiedzieć wszystkim Dobranoc! i już spokojnie (po drodze zabierając pół butelki wina) wracamy na górę. Obie dziewczyny włażą do wanny, ja z nimi ledwo się mieszczę i siedzę już tylko na brzegu mocząc nogi, popijamy wino z kieliszków, dojadamy ciasto (Jezu! ile my możemy zjeść!?), w końcu woda w wannie wystygła i idziemy do łóżka. Kończy się na jakimś niewinnym kizi-mizi, bo po wczorajszej nocy jesteśmy za bardzo zmęczeni i niewyspani i poza kilkoma pocałunkami z języczkiem i głaskaniem do niczego większego nie dochodzi. Zasypiamy. Rano moja mamuśka nas budzi (na szczęście dzwoni tylko na mój telefon i nie chce jej się włazić na piętro, bo by nas zastała we troje w jednym łóżku; byłoby trochę głupio; komórka to jednak dobry wynalazek), żeby dziewczyny szykowały się do wyjazdu. Dziewczynom wcale się jednak nie chce wyłazić z łóżka i dopiero drugi telefon tym razem od ich ojca wyciąga je spod kołdry. Idziemy na śniadanie a po nim stryjostwo oraz Agnieszka i Anita wsiadają do samochodu i odjeżdżają do Warszawy do domu!
Szkoda… Ale ja muszę się przyszykować i pójść do Justyny!

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty