Rano byłem dziś u Kuby. Paweł hula gdzieś ze swoją Kasią, a nas zostawił samych. Wypożyczyliśmy sobie tym razem z wypożyczalni dwa filmy na DVD: Marię Antoninę oraz Nine Songs. Najpierw trochę o pierwszym z filmów: o ile jakoś do warstwy narracyjnej tego filmu jakoś się nie mogę przyczepić to w filmie straszna była muzyka. Nowoczesna muzyka do historycznego filmu kostiumowego. Miała być paralela do czasów współczesnych, a wyszła niestety żenada. O samej postaci Marii Antoniny krąży wiele bałamutnych historii, a najsłynniejsza jest chyba ta, że królowa Francji miała powiedzieć, że skoro w kraju brakuje chleba i jej poddani nie mają co jeść to powinni jeść ciastka. Akurat ta historyjka jest chyba wyssana z palca na potrzeby jej procesu (a właściwie jego farsy) oraz egzekucji na gilotynie podczas Rewolucji Francuskiej. Prawdziwa Maria Antonina specjalnie mądra chyba nie była, ale nie była też zła. Ot, taka Paris Hilton tamtych czasów. Trochę wbrew własnej woli trafiła z dość normalnego dworu wiedeńskiego do paryskiego Wersalu i jakoś usiłowała sobie na nim radzić – gdyby jej mąż, a król Francji, był człowiekiem bardziej zdecydowanym i stanowczym wszystko potoczyłoby się dużo szczęśliwiej. Tymczasem Ludwik wolał zajmować się ślusarstwem (teraz niby śmieszne, ale w tamtych czasach ślusarstwo było szczytem techniki – trochę jak teraz bioinżynieria albo medycyna nuklearna). Dopiero kilka lat po ślubie pozbawił on swoją żonę dziewictwa i spłodził dziecko. Akurat tego w filmie nie było, ale historyczny Ludwik pomimo tego, że miał wystarczające środki i siły na stłumienie rewolucji nie zrobił tego. Nie mógł się po prostu na nic zdecydować: reformować kraj czy zgnieść rewolucję. Gdyby przyłączył się do jednego ze stronnictw królowałby zapewne długo i szczęśliwie. Nic nie zrobił, pozostał sam i obie strony (konserwatyści i reformatorzy) się go wyparły.
W filmie ciekawe są sceny z życia dworskiego w Paryżu. Szczególnie ta z ubieraniem królowej przez damy dworu oraz dworski bal. Po francuskim dworze kręcą się też ciekawe indywidua jak choćby królewska kochanka teścia Marii Antoniny wzięta prosto z paryskiego burdelu i wydana za jakiegoś markiza, a także styliści i perukarze (już w tamtych czasach ta kategoria ludzi składała się głównie z homoseksualistów! jakoś wszyscy oni przypominali mi w tym filmie Tomasza Jacyków…)
Nine songs - plakatNo i drugi film… Nine Songs czyli Dziewięć piosenek wyreżyserowany i wyprodukowany przez Michaela Winterbottoma ponoć tylko za 100.000 dolarów. Film w gruncie rzeczy pornograficzny – dziewięć scen seksu pomiędzy głównymi bohaterami, którzy właściwie ze sobą nie rozmawiają przerywanych dziewięcioma piosenkami z koncertów w klubach różnych londyńskich i brytyjskich kapel. On Matt (Kieran O’Brien) – glacjolog, który ma wyruszyć już wkrótce na wyprawę polarną oraz ona Lisa (Margo Stilley) poznają się na rockowym koncercie i wkrótce lądują ze sobą w łóżku. Kolejne sceny ich uniesień są pokazywane na ekranie bez znanych z filmów porno szczegółów, ale z dość dużą dosłownością oraz sugestywnością i z tego co zobaczyliśmy z Kubą jednak nie są udawane i markowane. Oni tam naprawdę to robią. Margo Stilley grająca główną bohaterkę filmu na konferencjach prasowych zawsze wymigiwała się od odpowiedzi na pytanie o prawdziwość scen seksu i najczęściej udzielaną przez nią odpowiedzią były słowa: Jesteśmy profesjonalistami, poznaliśmy się na trzy dni przed zdjęciami, nic nas nie łączy i nigdy nie łączyło. Podobno nawet jej imię i nazwisko nie miło się pojawić w napisach końcowych filmu… Oficjalna interpretacja jest taka, że w filmie pokazana jest pustka współczesnych ludzkich kontaktów co ma podkreślać jeszcze kilka scen wędrówki Matta przez lodową pustynię oraz niemal całkowity brak dialogów w filmie. Niby tak, ale jakoś zarówno ja oraz mój przyjaciel Kuba uznaliśmy, że Michael Winterbottom chciał sobie po prostu nakręcić softowy film porno, a jakoś mu już nie wypadało. No więc nakręcił porno z podtekstem ideologicznym… A tak już zupełnie na marginesie: interesujące jest, dlaczego to właśnie w Londynie powstają filmy takie jak Nine Songs albo Intymność w reżyserii Patrice’a Chereau, gdzie tak istotny jest nie tyle seks na ekranie, ile sposób jego pokazania – sugestywny, dosłowny i niemal mechaniczny? Czyżby Anglicy poczuli się dotknięci tytułem starej farsy No Sex, Please, We Are British? Podobno w Nine Songs reżyser Michael Winterbottom zrezygnował nawet z pisania szczegółowego scenariusza – co jest cechą właśnie filmów porno. Wszystko to, co dzieje się między parą głównych bohaterów, spontanicznie zdarzało się na planie. Większość filmu jest też kręcona kamerą z ręki co też jest domeną filmów pornograficznych… Ech, reżyserzy… Nine Songs jako porno jest nudny jak flaki z olejem i mało zajmujący (cóż, aktorki porno mają najczęściej solidne piersi natomiast Margo Stilley zamiast porządnego biustu ma właściwie w tym miejscu dwa piegi), a jako film fabularny też wypada blado: dialogi niedobre, praktycznie żadnej akcji…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty