Rzadko miewam sny erotyczne w których występują realne osoby. Już raczej jeżeli śni mi się coś nieprzyzwoitego to w takich snach występują zupełnie nieznane mi dziewczyny. Tym razem było jednak inaczej. Śniła mi się Justyna. Właściwie to powinienem się tego spodziewać – łączy nas bardzo silne przyciąganie. Trudno określić ile jest w tym uczucia, a na ile jest to działanie szesnastoletnich hormonów, ale ta dziewczyna naprawdę mnie podnieca i wystarczy, że tylko o niej pomyślę, a już przed oczami stają mi najróżniejsze wizję wspólnych i bardzo wymyślnych igraszek. Tym bardziej już się trochę niepokoiłem, ze Justyna jakoś nie chce zawitać do krainy moich nocnych marzeń. Aż w końcu zawitała.
Zawitała ubrana w strój rodem z japońskich filmów o szkole – krótka spódniczka w kartkę, biała rozpinana koszulka. W moim śnie Justyna gdzieś mnie prowadziła po jakichś uliczkach – trochę jak zaniedbane stare miasto, a trochę jak fantastyczna metropolia z gry komputerowej. Justyna cały czas trzyma mnie za rękę i mnie prowadzi po coraz to nowych zaułkach, bramach i podwórkach. Jakbyśmy gdzieś szli – w konkretne miejsce, które tylko ona zna. W końcu weszliśmy do jakiejś opuszczonej kamiennicy albo raczej magazynu, bo to akurat wnętrze budynku przypominało. Niepozorny z zewnątrz obiekt okazał się bardzo duży. Po pustym wnętrzu rozchodziło się echo naszych kroków. Podłoga była z betonu, ale były na niej resztki jakichś płytek z błękitnego szkliwa. Na środku pomieszczenia stał duży zbiornik wypełniony miękkimi piłeczkami z gąbki. Było ich tysiące. W każdym kolorze. Justyna była już w tym momencie niemal całkiem naga. Miała na sobie tylko czarne rajstopy, Nie pończochy ale nałożone bez majteczek rajstopy. Weszła do zbiornika z piłeczkami które zaczęły ją otaczać. Wszedłem tam za nią – trudno mi teraz powiedzieć czy w tym momencie we śnie miałem na sobie ubranie czy nie. Wewnątrz zbiornika pachniało wanilią i cynamonem. Okazało się, że te piłeczki wcale nie są z gąbki czy z gumy ale są żelatynowymi misiami. Tyle, że dużymi i okrągłymi. Zanurzyłem się w nich razem z Justyną. Zaczęliśmy się całować, cała smakowała tymi żelkami. Miała bardzo mięciutką skórę z delikatnym meszkiem. Objąłem ją całą i zaczęliśmy się kochać. Justyna w moich ramionach zrobiła się bardzo malutka i też trochę jak żelkowy miś. Była bardzo miękka i poddawała się każdemu mojemu naciskowi. Kiedy skończyliśmy (chyba, bo we śnie jakoś tego nie odnotowałem) wszystkie te żelkowe misie w których byliśmy zanurzeni zaczęły się rozpływać i zrobiła się z tego jakaś galaretka albo coś w rodzaju kisielu. Na tym skończył się mój sen. Potem jeszcze pamiętam, że patrzę z wnętrza tego zbiornika pełnego kisielu w niebo. I tyle – potem miałem jeszcze jeden jakiś sen, ale zupełnie niezwiązany z tematem i niewiele z niego pamiętam.
Niezbyt wietrzę w proroczy charakter snów, ale nie miąłbym nic przeciwko temu, żeby to, co mi się dziś śniło wydarzyło się w rzeczywistości. Moja koleżanka bardzo mnie podnieca i zupełnie nic na to nie poradzę. Coraz częściej za dnia przyłapuje się też na fantazjowaniu na jej temat. Nie muszę chyba pisać na czym te fantazje polegają.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty