Rano śniadanie – pogoda taka sobie więc zakopiańskie muzea nas nie ominą. Trafiamy aż do czterech. Zasadniczo wszystkie takie same z taką samą zawartością merytoryczną – zakopiańszczyzna, Sabała, Witkacy i Jan Paweł II. No, bo czego można się było spodziewać. Ale ogólnie jest sympatycznie. Justyna trochę przestała mnie unikać. Raczej nie zostajemy sami na dłużej niż kilka minut, ale też nie jest tak, że mogę sobie ją tylko poobserwować z oddali. Parę osób już określiło ją jako żywe srebro – coś w ty jest, trudno jest jej usiedzieć przez kilka minut w jednym miejscu. Takie pozytywne ADHD – urocze i seksowne, ujmujące i wesołe, ponętne i zabawne jednocześnie. Raz tu, raz tam, czasami bliżej, czasami dalej… Skąd ona bierze siły na takie szaleństwo – jest drobniutka, ale wszędzie jest jej pełno. No, dobra wystarczy tych publicznych zachwytów…
Kuba też trochę się ożywił. Właściwie przeskakuje od jednej osoby do drugiej – tu zagada tam coś opowie tam posłucha… ale jakoś tak, żeby po drodze zahaczyć o Andżelikę. Dotąd nikt Andżeliki nie zauważał, jakby dziewczyna zupełnie była niewidoczna – teraz jest w centrum zainteresowania całej klasy. Jak się tak zastanowię to widziałem chyba wszystkie dziewczyny z mojej klasy dziś z nią rozmawiające. Zasadniczo to one mówiły, Andżelika tylko coś potwierdzała albo czemuś zaprzeczała kręceniem główki. Z ławki rezerwowych awansowała od razu do Premier Ship. Chyba ją to trochę peszy. Może nawet trochę bardziej niż trochę.
Przyznaje się bez bicia – też zahaczyłem o Andżelikę coś jej tam opowiadałem jakieś głupoty o belkach stropowych w góralskich chatach (co można powiedzieć dziewczynie, której się kompletnie nie zna jeżeli podstawowego i najbardziej wszystkich interesującego tematu raczej nie wypada poruszać?). Odpowiedziała mi jakimś mruknięciem – trudno mi stwierdzić, czy było to tak czy nie czy może coś zupełnie innego, ale chyba nie miało to jakiegokolwiek znaczenia. Oboje byliśmy całkowicie usatysfakcjonowani wymianą poglądów. Podobno fachowo nazywa się to funkcja fatyczna języka (też czasami czytam mądre książki – chodzi o to, że czasami nieistotna jest treść tego co mówimy – zupełnie wystarczy, że rozmawiamy). Na zakończenie zupełnie już bezmyślnie powiedziałem jej, że się cieszę, że dogadują się z moim przyjacielem. Nie wiem, czy nie przeholowałem z tym zdaniem. Chyba było niepotrzebne. Andżelika nic na to nie odpowiedziała. Bo i po co.

Eskapada po muzeach kończy się tuż przed kolacją u zakonnic – nie ma już dziś czasu na szwendanie się po mieście. Zdążamy do sióstr na styk. Pomidorówka, klopsiki – siostry trzymają poziom. Wszyscy są zadowoleni. Nasze zadowolenie jest tym większe, że dostajemy też deser z jakichś ciastek, bitej śmietany, którego nawet nie potrafimy nazwać. Siostry nawet kurtuazyjnie nie proponują wizyty w ich kościółku. Chyba są na tyle życiowe, że rozumieją, że kota można zagłaskać na śmierć. Nasza wychowawczyni ma jakieś problemy żołądkowe – niby nie wypada się cieszyć z cudzego nieszczęścia – ale jak tu się nie cieszyć? Ląduje w łóżku, siostry zaaplikowały jej jakieś zioła z przyklasztornego ogródka. Po deserze my idziemy na górę, w międzyczasie wpada do nas ma pół godzinki Pani Ela – tak po prostu – towarzysko. Pogadać. Mamy wrażenie, że i ona ma już dość naszej wychowawczyni, trudno jej się dziwić. Ma z nią do czynienia o wiele więcej niż my. Częstujemy ją ciastkami, jest nawet sympatycznie. Opowiada nam o jakiejś ich szkolnej wycieczce do Trójmiasta jak pogubiły się ze swoimi koleżankami i wylądowały na jakimś gdańskim komisariacie. Komórek wtedy jeszcze nie było tyle co dziś… W końcu zostajemy sami. Kilka pierwszych dziewczyn idzie się umyć, a my z Kubą wpadamy na szatański pomysł, żeby wymknąć się z naszego klasztoru do pobliskiego sklepu i zakupić kilka win. Dziewczyny odprowadzające Panią Elę podpatrzyły, że drzwi na dole są zamykane owszem na kluczyk i żeby wyjść trzeba go mieć – Pani Ela ma – albo poprosić którąś z zakonnic, ale od środka drzwi chroni tylko zasuwka. Wystarczy więc, że ktoś przypilnuje i w odpowiednim momencie tę zasuwkę otworzy żeby można było wrócić. Stwierdzamy, że nie można zmarnować takiej okazji. Robimy więc ogólnoklasową zrzutę; za dziewczyny które akurat wyszły do łazienki dorzucamy zakładając, że i tak na pewno się przyłączą. Idzie więc Kuba, który jako znający się na rzeczy będzie w stanie kupić takie wina, które przy niskiej cenie dadzą się wypić z przyjemnością, ja dla bezpieczeństwa oraz Weronika i Beata, które chcą przeżyć przygodę. Najbardziej odpowiedzialne zadanie (czyli pilnowanie zasuwki w drzwiach wejściowych) pozostawiamy w rękach Oli. Wyjście nie nastręcza nam żadnych problemów. Na zewnątrz jest ciemno – dopiero na ulicy świecą się latarnie, ale do przebycia zostaje spory ogród przy klasztorze. I pierwsza niespodzianka – wysoka brama, którą siostrzyczki zamykają na noc. Przełazimy na zewnątrz przez płot który okazuje się łatwiejszy do sforsowania. Najpierw Kuba, który usadawia się na szczycie płotu, potem Beata i Weronika zostają podsadzone przeze mnie do góry i opuszczone po drugiej stronie ogrodzenia przez mojego przyjaciela a na końcu ja – już samodzielnie przełażę przez płot. Jesteśmy na ulicy i idziemy do sklepu spożywczego. Na szczęście otwarty. Wchodzi tylko Kuba i dziewczyny. On ma za zadanie wybrać alkohol, a dziewczyny zakupić jeszcze jakieś słodycze i spróbować kupić to, co wybierze Kuba, bo za ladą stoi chłopak więc uznajemy, ze dziewczynom łatwiej będzie go przekabacić. Niestety miejscowy góral nie daje się przekabacić i stwierdza, że o winie możemy zapomnieć. Więc trzeba poszukać innych metod. Dziewczyny kupują więc tylko słodycze, jakieś napoje i inne takie. Ładnych parę kilo tego wychodzi. No, a ja mam szczęście, bo na horyzoncie pojawia się miejscowy pijaczek. Jak najbardziej pełnoletni – tak ze trzy a może nawet cztery razy. Pijaczek w zamian za dwa najtańsze piwa zgadza się nabyć dla nas wybrane przez Kubę napoje wyskokowe. Przyuczony, co konkretnie ma kupić idzie do sklepu i po kilku minutach wychodzi z zakupami. Jest dobrze, ale pijaczek jest nieco zawstydzony. W końcu wyjawia, że nie mógł się powstrzymać i że kupił za nasze pieniądze jeszcze sobie serek: no bo jak to tak piwo bez serka? Nawet nie mamy mu tego za złe. Od rozczulonych dziewczyn dostaje jeszcze do tego serka dwie bułki z makiem z naszych zakupów. Wracamy. Tą samą metodą. Kuba na płot, potem Weronika od razu na drugą stronę, za nią nasze zakupy, później Beata, a na końcu ja. No i na tym płocie rozdzieram sobie kurtkę. Nawet nie bardzo, ale w widocznym miejscu. Jak się człowiek śpieszy to diabeł się cieszy jak mawia moja babcia. Nawet w klasztorze.
Przez przyklasztorny ogród idziemy już bez problemów, sygnał na telefon Oli, drzwi się otwierają i jesteśmy w środku. Cichutko na górę. Misja wykonana.
Dziewczyny stwierdzają, że kurtka raczej już mi długo nie posłuży – Weronika i Monika próbują mi ją zszyć, ale wygląda to mniej niż średnio więc czeka mnie wydatek na nową garderobę. Nawet znajduje się kilka osób, które chcą mnie wesprzeć dychą na ten zakup stwierdzając, że to między innymi dla nich się wyprawiłem po to wino. Miły to gest, ale dziękuję. Na razie jeszcze mnie na nową kurtkę stać – trzeba będzie tylko znaleźć coś przyzwoitego za co nie trzeba będzie płacić w euro. Kuba mówi mi, że jakby co to mi pożyczy parę groszy. W końcu rozlewamy wino do plastikowych kubeczków i wznosimy toast: Na pohybel nauczycielstwu! Trochę za głośno, bo jest już późno i ktoś może nas usłyszeć, ale co tam! Dwadzieścia osób to jednak trochę sporo jak na kilka butelek 0,75 litra. Zawartość znika przy czwartym toaście. Ale za to robi się bardzo wesoło. Śmiejemy się, opowiadamy jakieś śmieszno-straszne historie o duchach, nieboszczykach i wampirach. W końcu Kuba idzie do łazienki. Jakoś nikogo już nie dziwi, że razem z nim idzie Andżelika. Nie wzbudza w nas to już najmniejszych emocji. Pijemy colę z cytryną, w końcu mój kumpel wraca spod prysznica. Andżelika też – lekko zarumieniona. Idę ja. Znów samotnie. Justyna poszła dużo wcześniej. Kiedy jestem pod prysznicem odzywa się mój telefon. SMS od Justyny: Dziś jeszcze nie. Jutro. Puszczę sygnał. W tych warunkach musimy zaakceptować, głupio byłoby zakrwawić całą pościel zakonnicom. Bo niby jak byśmy im to wytłumaczyli?

U dziewczyn siedzimy jeszcze potem z godzinę, ale wszystkim po tym winie jakoś chce się spać. Idziemy z Kubą do siebie. Mój przyjaciel jest za to nieco za bardzo ożywiony, papla coś do mnie bez ładu i składu. W końcu stwierdza, że jutro trzeba powtórzyć wyprawę do sklepu po wino. Popieram jego inicjatywę i myślę, że dziewczyny się zgodzą i dorzucą po parę groszy. Idziemy spać.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty