Siostry robią nam pobudkę przed ósmą rano. Idziemy na śniadanie: kanapki z dżemem i serem, kawa z mlekiem, kakao – taki standard. Ale możemy jeść do oporu więc nie ma co marudzić. Nasza wychowawczyni zaplanowała na ten dzień wycieczkę po wszystkich żelaznych punktach wycieczek w Zakopanem. A więc po śniadaniu idziemy spacerkiem na Krupówki. Okazuje się, że to całkiem niedaleko. W jakimś kiosku kupujemy na spółkę z Kubą plan Zakopanego z mapką Tatrzańskiego Parku Narodowego i okolic. Potem okazuje się, że to jedna z lepszych inwestycji i nie żałujemy tych dziesięciu złotych. W ten sposób jesteśmy wyposażeni na tę wycieczkę lepiej niż nasza wychowawczyni, która jak się okazało po południu kompletnie nie jest w stanie czytać planów miast. Przed ogólnym wstydem ratuje ją potem Pani Ela, która korzystając z naszego planu jest w stanie poprowadzić naszą wycieczkę. Zatem idziemy całą grupą na Krupówki. No, to teraz trochę pseudoóralszczyzny:

Dziś na dolnik Krupówkak ciynsko przyńść pomiyndzy niby-regionalnymi budkami z pomiontkami, a som tó i wełniane copki, i soliki dlo kibiców narciarskik i lalecki, owiycki, co becom, i świstoki, co wizdzom na bateriy.

Dla mnie jako dla rolniczego syna najciekawszym elementem zakopiańskich Krupówek okazuje się miejscowy targ:

Jarmarki i teroz som we cwortki i w soboty, a co niedzyly jest giełda samochodówa. Pośród tyk co kupujom i przedajom som Polocy, Słowocy, Rosjaniy, a towar – toki jak wsyndy. Ale ranó dalyj moznó nabyć świnke z auta i kónia z taktóra…

Niestety na jarmark mogę sobie popatrzeć tylko przez płot bo nasza wychowawczyni postanawia nas zapoznać z kulturą wysoką.

Casym ulice Kościyliskom nazywajom zakópiańskom starówkow. Nostarso cyńść tyj ulice tó okólice staregó smyntorza na Pynksówym Brzyzku i piyrsyk budynków kościylnyk. Piyrsy zakópiański kościół był postawiony w 1847 roku. Dawnó mioł wezwaniy Świyntegó Klymensa, dziś Matki Bozyj Cynstóchowskiyj.

No, dobrze… nie będę już się silił na tę pseudogóralszczyznę. Niech jej używają prawdziwi górale. My lądujemy więc najpierw w drewnianym kościółku na Pynksowym Brzyzku, a potem na przyległym maleńkim góralskim cmentarzyku. Nie bez trudności udaje nam się dotrzeć też do nagrobka Kornela Makuszyńskiego – tak, dokładnie tego samego, który napisał wierszyki do Przygód Koziołka Matołka. Cmentarz jest rzeczywiście bardzo ciekawy, ale pod brudnym śniegiem nie prezentuje się najlepiej. Może w lecie jest tu ciekawie – teraz nie.
Na Krupówkach oczywiście stoi kilku ludzi przebranych za białe polarne niedźwiedzie, do dyspozycji są też podhalańskie owczarki. Natrafiamy nawet w pewnym momencie na niemieckich turystów, którzy fotografują się z takim polarnym miśkiem. Nie idziemy natomiast, żeby ktokolwiek z polaków się z nimi fotografował. Śmiejmy się, że teraz już wiemy skąd się biorą te stereotypy krążące po świecie, że Polska to zimny śnieżny kraj po ulicach którego hasają samopas białe polarne niedźwiedzie. Po prostu każdy turysta z Zachodu, który odwiedził nasz kraj a Zakopane w szczególności przez lata przywoził do siebie i pokazywał z dumą rodzinie, sąsiadom i znajomym zdjęcie z polarnym miśkiem na tle ośnieżonych gór. No to co oni sobie mogli o tej Polsce myśleć? Pewnie, jakby w strategicznym miejscach poustawiać ludzi przebranych za nosorożce to stereotyp byłby o śnieżnym kraju po ulicach którego hasają nosorożce.
Trochę łazimy jeszcze całą watahą po okolicach, wychowawczyni sili się na jakieś mądrości, ale zamiast opowiadać o tym, co widać czas schodzi jej głównie na upominaniu nas żebyśmy się nie zgubili. Bo jak się zgubimy to ona nie będzie umiała wrócić… Tak robi się czternasta, o osiemnastej mamy kolację u zakonnic, a do tego czasu wyproszona przez Panią Elę nasza wychowawczyni daje nam czas wolny. Oddychamy z ulgą, bo każdy ma jej dość…
Umawiamy się na 17.30 i rozłazimy kilkoma grupkami po centrum Zakopanego. Ja idę z Kubą oraz trzema innymi dziewczynami: Beatą, Weroniką i Ewą. I o dziwo przyłącza się do nas Justyna. Jestem w szoku. Łazimy trochę po sklepach, dziewczyny przebierają w jakichś kieckach. Znajduję sobie nawet jakąś przyzwoitą zimową czapkę na której widnieje cena siedemnaście złotych. Postanawiam wejść w jej posiadanie drogą kupna i idę z nią do kasy. Dziewczyna przy ladzie ze złośliwym uśmiechem żąda ode mnie trzy razy większej sumy. Patrzę na nią jak na wariatkę i mówię, że na czapce jest metka z siedemnastoma złotymi. A ona mi na to, że to cena w euro, faktycznie. Obok jest maleńki znaczek euro, a jeszcze niżej już całkiem maleńkimi literkami cena w złotówkach. Stwierdzam jej trochę po chamsku, że jak będę chciał płacić w euro to pojadę sobie do Berlina. Dziewczę ma bardzo zadowoloną minę jakbym powiedział jej jakiś komplement. Chyba jej jedyną rozrywką tutaj jest irytowanie klientów. Czyżby zakopiańskim bacom wiodło się tak dobrze, że mogą sobie pozwolić na takie numery? Któraś z dziewczyn (chyba Weronika) też sobie coś wybrała w tym sklepie, ale jak usłyszały moją rozmowę z ekspedientką to nawet nie podeszła do kasy. Po prostu wyszliśmy. Gratuluję właścicielowi zatrudnienia fachowej pracownicy!
Zgłodnieliśmy trochę i stwierdziliśmy, że kolacja u sióstr kolacją, ale można by było zjeść coś jeszcze w międzyczasie. Rozpoczynamy w sześcioro tym razem wędrówkę od jednej restauracyjki do drugiej. Restauracje okazują się nie na naszą uczniowską kieszeń (podstawowe danie to kotlet po zbójnicku – minimalna zbójnicka cena to 60 złotych), a jedzenie w barze na zewnątrz jakoś nam tym razem nie odpowiada – dziewczyny trochę zmarzły i chyba miały już dość dreptania w rozpaćkanym śniegowym błocie. Trafiamy do McDonalda. Wypijamy po gorącej herbacie (na kawę jakoś nikt z nas się nie decyduje, chociaż jest zachwalana na barowych ulotkach: Certyfikat Rainforest Alliance jest przyznawany plantacjom kawy, które spełniają określone standardy ochrony środowiska i praw pracowników (osobiście bym wolał gdyby kawa była smaczna, a nie spełniała jakieś standardy ochrony praw). Dzięki inicjatywie Rainforest Alliance tysiące osób zbierających (tyko ci którzy zbierają? a pozostali?) kawę otrzymuje za swoją pracę godziwe (dobrze – co to znaczy godziwe?) wynagrodzenie, a także opiekę zdrowotną (jako syn rolnika wiem, że o bydło trzeba dbać) i edukację dla swoich dzieci (mam tylko nadzieję, że nie taką jak w Polsce). Pijąc kawę McDonald’s także i Ty przyczyniasz się do poprawy warunków życia w krajach Ameryki Południowej (osobiście wolałbym przyczynić się do poprawy życia w Polsce, a nie w Kolumbii – Kolumbijczykom dzięki uprawie koki żyje się bardzo dostatnio).)
Postanowiliśmy przyczynić się do poprawy życia ludzi hodujących krowy i kurczaki – nie wiem gdzie, ale dało się zjeść. McDonald’s ma tę zaletę, że cokolwiek się zamówi smakuje tak samo – nie jest ani smaczne ani nie smaczne i tylko po opakowaniu można odróżnić zawartość. Bo smak wszystko ma identyczny. Ale jak się nie ma 60 złotych na kotlet po zbójnicku trzeba się zadowolić fast-foodem. Zadowoliliśmy się, było ogólnie sympatycznie – nawet udało mi się zamienić przy tym kilka kurtuazyjno-uprzejmych zdań z Justyną – tylko tyle i aż tyle. Kuba szturchał mnie przy jedzeniu, żebym jakoś nawiązał z dziewczyną rozmowę – jest trochę wtajemniczony w całą sprawę. Wróciliśmy na umówione miejsce i o dziwo nawet się nie spóźniliśmy chociaż po drodze Kuba postanowił jeszcze wejść do księgarni. Pomimo usilnych kilkuminutowych poszukiwań sprzedawcy niestety nie udało nam się nabyć przewodnika po Zakopanem. Dowolny inny tak (mogliśmy nabyć przewodniki od Tokio i Sydney aż po Chicago i Nowy Jork), ale nie po Zakopanem. To się nazywa dostosować ofertę do upodobań klientów, ale kto by przecież chciał kupić przewodnik po Zakopanem na Krupówkach, wariat chyba jakiś?… Stwierdziliśmy nawet, że możemy kupić przewodnik w innym języku – po niemiecku albo po angielsku, ostatecznie może być włoski albo po rosyjsku. Nie ma i już.
Całą grupą wracamy do klasztoru na kolację. Wychowawczyni prowadzi w odwrotnym kierunku więc jej to mówimy i pokazujemy na uprzednio kupionym planie miasta. Od totalnej kompromitacji litościwie ratuje ją Pani Ela. Już bez przeszkód wracamy trochę okrężną drogą, trochę się spóźniamy i zakonnice trochę są na nas złe. Zjadamy szybko znów smaczną kolację i próbujemy je udobruchać pójściem na mszę do ich kościółka. W końcu jest przecież niedziela. Zakonnice to zadowala. Trafiamy znów więc na mszę – tym razem niedzielną – ludzi jest nawet sporo, gdzieniegdzie widać nawet góralskie stroje ludowe w wersji fusion.
Po mszy wracamy do klasztoru, zakonnice zabierają naszą wychowawczynię i Panią Elę na jakieś atrakcje w postaci herbatki z matką przeoryszą czy kimś w tym gatunku. Znów lądujemy na pogaduchach u jednym z pokojów u dziewcząt. Głównie wyśmiewamy się z wychowawczyni – podobno nic tak nie łączy ludzi jak wspólny wróg. Nie napisałem w poprzedniej notce, co mnie zaskoczyło poprzedniego wieczora u dziewcząt. Otóż o ile wszystkie pozostałe dziewczyny występowały w piżamach albo po prostu w majteczkach i jakichś o dwa numery za dużych T-shirtach to Andżelika wystąpiła w …regularnej koszulce nocnej. To zrobiło na mnie wrażenie. Dziewczyna, którą wcześniej uważałem po prostu za nijaką i bez polotu tym razem wyglądała po prostu …seksownie i uroczo. Potem zresztą Kuba powiedział mi to samo, bo również zwrócił na to uwagę. Coś mi się wydaje, że Andżelika o swoim stroju miała zupełnie inne zdanie niż ja oraz Kuba, bo nam obu się bardzo podobał, ale ona zapewne sądziła, że strzeliła okropną gafę biorąc ze sobą na tę szkolną wycieczkę taki strój do spania. Coś też mi się wydaje, że była strasznie zawstydzona swoją nocną koszulką i pewnie wiele by dała, żeby mieć piżamę jak pozostałe dziewczyny. I chyba czuła się tym bardzo zawstydzona. Według mnie zupełnie bezpodstawnie – Andżelika ma zupełnie niezłą figurę, kształtny biust i w ogóle wszystko na swoim miejscu. Ma niestety tylko okropne zakompleksionych rodziców, którzy przekazali jej własne kompleksy raz w genach, a drugi raz w sposobie wychowania. Do tego doszły jej własne kompleksy przez lata skrupulatnie pielęgnowane przez nią samą i jej otoczenie. Myślę, że Andżelika po prostu w domu nie sypia w żadnych piżamach tylko w takim właśnie stroju – koszulka nocna wydawała się jej zupełnie naturalnym rozwiązaniem – pewnie też w takim stroju sypia jej matka. Więc skąd dziewczyna bez przyjaciółek ma wiedzieć, że pozostałe dziewczyny wezmą na wycieczkę piżamy? Zarówno przy okazji pierwszej nocy jak i drugiej wyglądała na bardzo zawstydzoną – o ile pozostałe dziewczyny wygłupiały się i śmiały w sposób naturalny i niewymuszony to po niej było aż widać, że uczestniczy w życiu grupy z przymusu. Nawet obie dziewczyny doklejone do naszej wycieczki z równoległej klasy – Jagoda i Natalka –pomimo, że większości z nas nie znały jakoś tak naturalnie znalazły z nami wszystkimi wspólny język. Andżelika nie.

W końcu nasze pogaduchy z dziewczynami przerywa przyjście Pani Eli, która została wysłana przez naszą wychowawczynię na przeszpiegi. Udaje oburzenie, że siedzimy z dziewczynami, ale jeszcze przez pół godziny żartuje z nami i właściwie zostawia nas w spokoju. Wracamy do siebie z Kubą tuż przed północą. Pani Ela zapowiedziała na następny dzień atrakcję w postaci rajdu po zakopiańskich muzeach. Kładziemy się z Kubą spać. Jakieś piętnaście minut później odzywa się wibrator w mojej komórce – Justyna. SMS. Chce, żebym ją wpuścił do naszego pokoju. Pytam Kubę czy ma coś przeciwko temu. Głupio mi trochę z jego powodu, mój przyjaciel nie ma szczęścia do dziewczyn. Właściwie nie wiem dlaczego. Kuba filozoficznie stwierdza: Róbta, co chceta, ale jakby przyszła ta zołza to ja nie będę odpowiadał. Wpuszczam Justynę, która zaraz ląduje w moim łóżku. Szepczę jej, żeby była cicho. Kiwa głową. Zaczynamy się przytulać do siebie i całować – jest strasznie zmarznięta. Na korytarzu jest rzeczywiście trochę chłodniej niż w pokojach, ale żeby aż tak? Chyba stała tam trochę dłużej niż to było konieczne, może nie mogła się zdecydować czy chce wejść czy nie… Jej pocałunki rozpraszają moje myśli na ten temat – dziewczyna szybko się przy mnie rozgrzewa – to chyba właściwe słowo. Jakoś nie mogę się zdecydować czy chcę, żebyśmy to zrobili przy śpiącym w sąsiedni łóżku Kubie, ale jakoś Justyna nie widzi w tym żadnych przeszkód. Dobrze, że chociaż moje łóżko ma materac z gąbki i nie skrzypi przy każdym ruchu. Zakonnice okazały się bardzo oszczędne i nie zainwestowały zbyt dużo w wyposażenie pokojów dla swoich gości. Dobrze, że spakowałem te gumki od Justyny do mojej torby. Przed wyjazdem jakoś nieszczególnie wierzyłem, ze będzie jakakolwiek okazja do takich zbliżeń, a tutaj… hmmm… proszę. Justyna cała ślicznie pachnie, czymś zupełnie nowym, czymś, czego wcześniej u niej nie zauważyłem. Bardzo mi się ten zapach podoba. Jest nieco zbyt intensywny, ale bardzo podniecający. W feromony jakoś nie wierzę i nigdy nie wierzyłem, ale chyba udało jej się trafić na coś co jest zbliżone do mojego wzorca zapachu kobiety. Po wszystkim bardzo nierozważnie zasypiamy razem w moim łóżku. Nie spodziewam się, że przyjdzie któraś z zakonnic, ale naszej wychowawczyni nie ufam. Rano zastanawiam się nawet, że w pokoju nie ma nawet odpowiedniej szafy, żeby dziewczyna mogłaby się w niej ukryć (hmmm… w dowcipach to raczej kochanka chowa się w szafie, a nie kochankę?…). Łóżka też są też takie, że nie mają skrzyni na pościel w środku. Po prostu materac rozłożony na stelażu podtrzymywanym na czterech drewnianych nóżkach. Na szczęście nikt nas nie przyłapuje. Justyna wymyka się o świcie do swojego pokoju. Czuję jakąś pustkę. Na poduszce cały czas czuję jej zapach. Trzeba wstawać i iść na śniadanie. Przepraszam Kubę. Nie gniewa się, ale jest jakiś smutny i zamyślony. Czuję się winny wobec niego. Paskudna sytuacja bez wyjścia.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty