Rano okazuje się, ze nie trzeba było aż tak wcześnie wstawać. Pociąg do Krakowa jest dopiero o 8.30, a myśmy zerwali się przed szóstą. Śniadanie, ładujemy się znów do busa – zakonnice znów podstawiają nam swojego znajomego kierowcę. Znów ledwo się mieścimy w środku. Bagaży jest jakby więcej i na siłę upychamy się do samochodu. W Zakopanem żegna nas mgła. Na szczęście nie pada. Potem pociąg ma jeszcze kilkanaście minut spóźnienia, ale do Krakowa docieramy zgodnie z rozkładem jazdy. Szybka przesiadka do pociągu do Warszawy. Wychowawczyni krąży pomiędzy przedziałami i jest w swoim żywiole. Nie rozumiem jak można czerpać taką satysfakcję z denerwowania innych ludzi i doprowadzania się niemal do stanu histerii. W końcu opiernicza ją jakiś konduktor, któremu ciągle zawraca głowę. Próbuje się z nim kłócić, ale pojawia się zaraz jeszcze dwóch innych konduktorów, którzy rozbawieni całą sytuacją śmieją się z niej w oczy i grożą wyrzuceniem z pociągu. Jej własny autorytet upada na samo dno – od spodu puka już tylko Frytka. Przez resztę drogi do Warszawy na szczęście siedzi nabuzowana na swoim miejscu i do nikogo się nie odzywa. Pani Ela tego też ma już dość i mówi jej, że idzie sprawdzić czy wszystko z nami w porządku i zostawia ją samą. Teraz ona robi obchód, ale wygląda to zupełnie inaczej. Nie zawraca nikomu głowy, że jego kurtka wisi na niewłaściwym wieszaku, a butelka po coli leży na pustym fotelu zamiast zostać schowana do reklamówki i wyrzucona na następnym dworcu. Dwa światy…
Przyjeżdżamy do Warszawy. Ciepło. Chyba z siedem czy osiem stopni Celsjusza. Mamy półtorej godziny więc pakujemy wszystkie bagaże do dworcowych szafek bagażowych i idziemy do pobliskiego centrum handlowego. Wcześniej tutaj nie byłem. Warszawa zaczyna przypominać cywilizowany świat. Granica pomiędzy Dworcem Centralnym a Złotymi Tarasami (które z miejsca ochrzczone zostały przez nas Złotymi Kut…i) to linia demarkacyjna pomiędzy Azją a Europą. Na Dworcu jak na każdym innym dworcu bród i smród przysłonięty kolorowymi reklamami. Podobno gdzieś tutaj w pobliżu jest nawet darmowa jadłodajnia dla bezdomnych. Ciekawe co za geniusz wymyślił, żeby ułatwić tym wszystkim żulom życie i stworzyć im jeszcze placówkę z darmowym żarciem na Centralnym. Dzięki temu wszyscy przyjeżdżający do stolicy Polski mogą nacieszyć swoje oczy piękną wizytówką w postaci widoku wszechobecnego smrodu żulerstwa. W centrum handlowym stojącym dwa kroki od dworca żuli nie ma wcale, nawet nie próbują wejść… to nie jest ich świat. Jest za to czysto, świeżo i miło. Tak wygląda różnica pomiędzy państwowym dworcem kolejowym a prywatnym centrum handlowym. Zresztą to samo dotyczy metra w Warszawie, kiedy kilka miesięcy temu byłem w stolicy miałem okazję przejechać się kolejką podziemną – i też zauważyłem różnicę pomiędzy czystymi peronami wagonikami a syfem i smrodem na kolei. Niby metro należy do miasta, ale widać, że ktoś po prostu o nie dba. W przeciwieństwie do kolei, która wygląda jak wygląda. I dopóki nie będzie prywatna dopóty będzie tam taki sam syf i bród jak jest.
W końcu ładujemy się do osobowego który ma zawieźć nas do domu. Tym razem prawie pusto w pociągu. Wszyscy przerzucili się na prywatne busiki jeżdżące do Warszawy sporo szybciej i trzy razy taniej niż pociągi. Linii raczej nie zamkną, bo tędy jeżdżą pociągi do Mińska Białoruskiego i Moskwy. Pewnie gdyby nie to – żaden pociąg już by tędzy dawno nie jeździł. Ciekawe jak to jest, że prywatnym właścicielom opłaca się jeździć za jedną trzecią ceny czyściutkimi busikami dziesięć razy na dobę a kolei nie opłaca jeździć dwa razy dziennie za trzy razy takie pieniądze. A może właśnie dlatego, że bilet kosztuje trzy razy drożej, pociągi notorycznie się spóźniają i jest w nich taki syf nikt nie chce nimi jeździć?
W domu jestem zaraz po zachodzie słońca. Pogoda prawie wiosenna. Ojciec czeka na mnie na dworcu. Wrzucam torbę do bagażnika i po kilku minutach jesteśmy na miejscu.

Było fajnie. Gdyby jeszcze nie to wstrętne babsko…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty