Rano pierwsza budzi się Andżelika. O świcie. I przypomina sobie o zalanej sokiem pomarańczowym koszulce. Nie wygląda to najlepiej. Wychodzi do łazienki i próbuje ją zaprać, ale kiedy wraca widzimy, że nic z tego nie będzie. Są brzydkie żółte plamy na całym przedzie. Pocieszamy ją, żeby się tym nie martwiła. W końcu obie z Justyną wracają do siebie. Mówię Kubie, że powinien wybrać się dziś do tego sklepu bielizną w którym byliśmy parę dni temu. Uznajemy, że to dobry pomysł. Zastanawiamy się jeszcze przez jakiś czas czy powinien jej kupić właśnie taką nocną koszulkę w stylu tej zaplamionej sokiem czy może jednak piżamę. A może jakiś komplecik bielizny? Nic nie wymyślamy mądrego. Obiecuje Kubie poprosić Justynę żeby wybadała babskimi metodami Andżelikę co by najlepiej było jej kupić. Idziemy na śniadanie.
Obie dziewczyny wyglądają dziś na trochę zaspane. Zarówno Justyna jak i Andżelika co jakiś czas ziewają. Dyskretnie, ale to jednak widać. Czy Justyna jest aż taka naiwna, że sądzi, że nikt nie wie gdzie przepada na całe noce. Przecież pozostałe dziewczyny z jej pokoju muszą doskonale wiedzieć, że nie śpi we własnym łóżku. No, a jak nie we własnym to wybór innych jest niewielki. Ogranicza się do dwóch. Przy czym łóżko Kuby jest na pewno kojarzone z Andżeliką, bo nie sądzę, żeby zachowanie szarej myszki klasowej które tak ostatnio diametralnie się zmieniło uchodziło uwagi pozostałej części klasy.
W międzyczasie wysyłam Justynie obiecanego Kubie SMS-a z prośbą. Obiecuje, że spróbuje wybadać Andżelikę: Ok. Zapytam. Było mi naprawdę dobrze. Odpisuje jej, że to ona była boska. Bo była.
Ostatni dzień w Zakopanem jest przeznaczony na kolejne muzeum regionalne. Tyle, że trzeba dojechać do niego busem. Zakonnice polecają jakiegoś swojego zaprzyjaźnionego kierowcę który wkrótce wywozi nas na jakieś kompletne przedmieścia. Muzeum jest okropnie nudne, a poza tym nie za duże. Trzy godziny tam to stanowczo za dużo. Dostaję wiadomość od Justyny, że lepszym pomysłem będzie jednak piżama. SMS zawiera jeszcze krótką ale cenną dla nas informację: 70C. Wracamy tym samym busem do centrum Zakopanego. Stłoczeni jak sardynki w puszcze. Jest znów wesoło, chociaż jakoś nikomu nie uśmiecha się wracać jutro do domu. Dostajemy czas do osiemnastej na szwendanie się po mieście. Wychowawczyni chyba już została przez nas na tyle wytresowana, że nie ma oporów przed zostawieniem nas w spokoju i zajęcie się sobą. Nie gubimy się i nie stwarzamy jej problemów. To powinno jej dać do myślenia.
Idziemy z Kubą do sklepu z majtkami, stanikami piżamami i nocnymi koszulkami. Przez kilkanaście minut szwendamy się pomiędzy półkami nie mogąc się na nic zdecydować. W międzyczasie ekspedientka pyta nas czy może nam w czymś pomóc. Jakoś nam głupio rozmawiać z obcą dziewczyną niewiele w sumie starszą od nas o naszych potrzebach bieliźniarskich. Ale w końcu kapitulujemy i wracamy do ekspedientki. Okazuje się bardzo sympatyczna i miła. Chyba dość często ma tego typu klientów, którzy nie do końca wiedzą czego chcą. W końcu kupujemy błękitną piżamkę w drobny kwiatowy wzorek. Seksowna. Bardzo dziewczęca jak na mój gust. Kuba jednak nie może jakoś wyjść ze sklepu i w końcu jeszcze dokupuje Andżelice komplecik złożony z koronkowego wydekoltowanego staniczka i majteczek z kokardką na przedzie. Bardziej podoba nam się inny – różowy, ale nie ma odpowiedniego rozmiaru. Ekspedientka usuwa nam z zakupów ceny i pakuje nam to w ładny kartonik. Mój przyjaciel jest bardzo zestresowany tym, czy jego prezent się spodoba. Coś mi się wydaje, że nawet gdyby kupił Andżelice majtki w pasiaste krokodyle zostałyby one entuzjastycznie przyjęte. Ale dobrze, że wybrał coś w czym dziewczyna będzie się dobrze prezentowała. Poza tym skoro inwestuje w prezenty to znaczy, że jednak nie jest to jakiś przelotny romans. Dzwonię do Justyny, bo Kuba nie ma śmiałości zadzwonić do Andżeliki i zapytać gdzie jest. O dziwo Justyna odbiera. Szwendają się obie i jeszcze kilka innych dziewczyn kilka przecznic bliżej kolejki linowej. Idziemy do nich. Justyna wygląda olśniewająco. Znów mnie bierze. Teraz żałuję, że i ja nic jej nie kupiłem. Ale jest za późno. Zapraszam dziewczyny na ciastka i herbatę do cukierni. Kuba nie ma śmiałości wręczenia prezentu przy wszystkich więc na razie siedzimy, łyżeczkujemy ciastka i siorbiemy herbatę. Rozmowa toczy się leniwe i głównie o jakichś bzdurkach. Ale jest bardzo miło. Justyna trąca mnie pod stołem nogą i ociera się o moją łydkę. Nic nie daję po sobie poznać pozostałym, ale znów jestem podniecony. W międzyczasie widzę jak Kuba szepcze coś Andżelice do ucha i pod stołem konspiracyjnie przekazuje jej reklamówkę z prezentem. Andżelika jest cała zaczerwieniona. Nie może się doczekać, żeby otworzyć, ale chyba Kuba poprosił ją żeby zrobiła to na osobności. Rzeczywiście lepiej, żeby się nie wyświetlała z takim prezentem. Zawstydzona docenieniem prezentem jej osoby mina Andżeliki przechodzi w końcu w uśmiech ekstatycznego szczęścia malujący się od ucha do ucha. Zobaczymy co powie i jaką będzie miała minę jak otworzy pudełko. W końcu trzeba wracać na kolację do klasztoru. Prezent cały czas nieodpakowany wędruje z Andżeliką, która nie przestaje się dumnie uśmiechać. Czy tej dziewczynie nikt w życiu nie dawał prezentów?
Ostatnia kolacja u siostrzyczek jest też bardzo miła. Poza zupą i drugim daniem znów dostajemy pyszny deser. Nasza wychowawczyni odsyła nas potem na górę spać – jutro trzeba wstać dość wcześnie na pociąg. Ale nikomu z nas spać się nie chce. Znów siedzimy u dziewczyn w pokoju i opowiadamy jakieś historię. Przychodzi do nas na chwilę Pani Ela żeby nas zmotywować do pójścia do łóżek. Ale robi to kompletnie bez przekonania i pośmiawszy się trochę z nami znika. W końcu decydujemy się na ostatnią wyprawę po wino do sklepu spożywczego. Tym razem na naszego pijaczka musimy czekać aż dwadzieścia minut. Ale jest niezawodny. Trochę się rozczarował, że już jutro wyjeżdżamy. Koniec darmowego piwa i serka z kajzerkami. My znów wracamy bez problemu do klasztoru przez płot na którym pierwszego dnia rozerwałem sobie kurtkę. Nabieram wprawy i teraz mógłbym przełazić przez niego na oślep. Kiedy jesteśmy już na górze rozlewamy wino i wznosimy znów toast: Na pohybel nauczycielstwu! Atmosfera robi się znów jak na klasowej wigilii. Jest jakby rodzinnie, bardzo sympatycznie i wszyscy poddają się nastrojowi chwili. Przypomina mi się opowiadanie Sapkowskiego – Coś się kończy, coś się zaczyna. Nie wiem dlaczego, ale jego tytuł bardzo mi pasuje do okoliczności. Kończy się nasza wycieczka do Zakopanego, zaczynają się dwutygodniowe ferie szkolne. Czujemy, że czas troszeczkę się zatrzymał, wszystko jest w jakimś zawieszeniu, jakby było jakieś święto podczas którego kosmiczne siły przenoszą nas w swój wymiar. Nie ma wczoraj, nie ma dzisiaj. Jest nieustanne teraz. Niesamowite uczucie. Czujemy się jakoś związani ze sobą – trochę tak, jakbyśmy byli jakąś wspólnotą. Chyba wszyscy tak to odczuwają. Wino wybrane dla nas przez mojego przyjaciela staje się dla nas jakąś wspólną komunią – wspólnym jednoczącym przeżyciem. Trochę mistycznym, a trochę dotykalnym i zmysłowym. Coś się kończy – coś się zaczyna… Jest niesamowicie.
Ostatnia noc w Zakopanem. Jutro wracamy do domu. Gasimy światło i czekamy na dziewczyny. Tym razem znów przychodzą obie razem. Do pokoju wpuszcza je Kuba. Andżelika od razu wskakuje do jego łóżka. Justyna ma trochę dalej do mojego. Jest cała rozpalona i gorąca. Od razu zabieramy się do rzeczy. Pachnie podniecająco – znów jest pięknie. Moje palce zwiedzają jej sprężyste ciało, wszystkie zakamarki, czuję, jaka jest podniecona i rozgorączkowana. Nie może uleżeć spokojnie, wije się na łóżku obok mnie, Nie przestaje jej pieścić, głaskać, dotykać, całować… Poznaję mapę jej ciała, odkrywam jeziora rozkoszy i rzeki przyjemności. Po kilkudziesięciu minutach takich czułości czuję, że Justyna dostaje dreszczyków. Zaciska moją rękę pomiędzy udami tak, ze prawie chrupią mi kości. Potem ona pomaga mi, ale trwa to małą chwilę, bo bardzo podnieciły mnie poprzednie zabawy. Wtula się w moje ramię. Znów jest taka maleńka, niewinna i rozkosznie bezbronna.

Kuba cały czas zabawia się z Andżeliką. Po kilku chwilach takiego nasłuchiwania zaczyna nas to bawić, chichramy się – zaczynam łaskotać Justynę pachach, stopach i tyłeczku (tam ma największe zagłębie wesołości jeżeli tylko umiejętnie się do tego podejdzie).

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty