Rano jak zwykle śniadanie, potem łażenie za wychowawczynią po Zakopanem i napawanie się mroźnym oddechem gór majaczących we mgle. O szesnastej dostajemy wolne: mogę spokojnie więc wybrać się na zwiedzanie sklepów z ciuchami. Przyłącza się do mnie Kuba, Weronika (mam wrażenie, że czuje się trochę winna rozerwania kurtki przeze mnie – zupełnie bezpodstawnie, bo to wyłącznie moja wina), Justyna (jak miło!) oraz …Andżelika (oj., coś czuję, że nie ze względu na mnie i moją kurtkę idzie z nami). W kilku kolejnych sklepach albo oferta jest dostosowana do portfeli Nowych Ruskich albo fasony są tak odjechane, że nie jestem pewny czy wziąłbym cokolwiek za darmo. Koniec końców trafiamy do pewnego niedużego sklepu w zaułku – wprawdzie nieduży, ale po pierwsze ceny są bardzo rozsądne a po drugie wybór duży. Pół godziny później i po przymierzeniu kilkunastu kurtek ocenianych przez czteroosobowe jury złożone z przedstawicielek i przedstawiciela mojej klasy mogę zdecydować się na brązową kurtkę z futrzanym kołnierzykiem z jakiejś fabrycznej szynszyli za 140 złotych. Da się żyć. Wprawdzie wcześniej nie zamierzałem aż tyle wydawać, ale kurtka również mi się bardzo podoba. Moja od razu ląduje w reklamówce a ze sklepu wychodzę już w nowym nabytku. Ciepła.
Dziewczyny rozochociły się trochę w chodzeniu po sklepach (cóż… kobiety podobno to uzależnia tak samo jak uzależniają papierosy albo poranna kawa). Kontynuujemy więc zwiedzanie handlowego kolorytu Zakopanego. Tym razem skupiając się już wyłącznie na damskiej konfekcji. Kuba trochę się tym nudzi – zasadniczo podoba mu się wszystko, ja też po kilku sklepach mam wrażenie, że wszystkie te bluzeczki, spódniczki i sukienki wyglądają identycznie. Gdyby był tutaj Paweł potrafiłby wypowiedzieć się na ten temat – bo on, pomimo swojej łatki męskiej szowinistycznej świni na modzie i ubraniach, szczególnie kobiecych, zna się z nas trzech najlepiej. Kiedyś jak miał chyba jedenaście czy dwanaście lat szył nawet jakieś ubranka dla lalek swojej młodszej siostry. Do tej pory w jej pokoju stoi wielki karton z jego wyrobami. Coś mi kiedyś nawet pokazywał, wyglądało solidnie, ale nie potrafię określić czy ma to jakąś wartość.
W czasie naszych pielgrzymek od wieszaka do wieszaka dziewczyny są jednak bardzo skoncentrowane i zdają się doskonale pamiętać co, w którym sklepie i za ile. Nawet Andżelika jakoś włącza się ten szczebiot, choć nadal tylko półsłówkami. Nie jest łatwo zmienić w jeden dzień wieloletnie przyzwyczajenia. Po drodze spotykamy inną grupę dziewcząt z naszej wycieczki, które oddają się tym samym uciechom. Panny wymieniają bardzo fachowym językiem uwagi na temat stanu zaopatrzenia. Rozumiem piąte przez dziesiąte. Kuba już nawet nie udaje, że go to interesuje. Opowiada jakieś historyjki Andżelice, która jakoś nie jest w stanie dorównać pozostałym koleżankom w tym wyścigu po urodę. Kubie to chyba nie przeszkadza. Cóż, dziewczyna wygląda jak wygląda – właściwie ubiera się tak nijako i bezpłciowo, że mogłaby znaleźć się w dowolnej dekadzie XX i XXI wieku nie wzbudzając zainteresowania swoją odmiennością. Wtapia się w otoczenie. Chyba po prostu ubiera ją matka, a ta ma nieco wypaczone pojęcie o rzeczywistości.
Pokazuje dziewczynom swoją kurtkę – wzbudza to ich chwilowe zainteresowane, ale męska moda to raczej nie ich podstawowe pole zainteresowań. Śmieją się z szynszyli na kołnierzu, że teraz będę zawsze mógł przytulić się do czegoś miłego i mięciutkiego. No, ale zabawne!…
Wymiana odkryć pomiędzy dziewczynami doprowadza do tego, że obie grupy pragną na własne oczy sprawdzić nawzajem swoje znaleziska. Idziemy dalej. Dziewczyny bezbłędnie odnajdują opisywane wcześniej egzemplarze garderoby. Jak po sznurku. Jestem pod wrażeniem. W międzyczasie zaglądamy też do jednego sklepu z bielizną – tutaj jakoś zarówno ja jak i Kuba wykazujemy dużo większe zainteresowanie. Śmiejemy się, że dziewczyny powinny przymierzyć coś z oferty – na przykład czerwony komplecik z półprzeźroczystej cieniutkiej siateczki i z puszystym pomponikiem a la króliczy ogonek. Dziewczyny się odgrażają, że zaraz nam każą coś przymierzać. Kuba szepcze coś na ucho Andżelice – ta od razu spływa takim rumieńcem jakiego w życiu nie widziałem, ale jest przy tym co ciekawe uśmiechnięta. Niezbadane są ścieżki Pana…
Kończy się na tym, że Weronika kupuje sobie krótką sukienkę z granatowej dzianiny na jakiejś wyprzedaży – 60 złotych. Sukienka wygląda jakby była uszyta na ośmiolatkę, ale podobno ma być dobra. Nie będę się wypowiadał na ten temat, bo się nie znam i tyle.
Wracamy na kolację do klasztoru. Nasza wychowawczyni ma podejrzanie dobry humor i jakoś nawet my zaczynamy w niej widzieć dobre strony. Przynajmniej przestała nas ciągle porządkować i przestrzegać. Siostry już na nas czekają z jedzeniem. Nie żałują nam porcji i wszystko jest bardzo smaczne – zaczynam lubić klasztorną kuchnię. Po kolacji nasza wychowawczyni przychodzi do nas na górę – trochę na inspekcję, ale jakoś tak nawet bez przekonania. W końcu siada z nami i zaczyna rozmawiać – nie wychodzi to ostatecznie najgorzej chociaż jest nieco drętwa atmosfera, jakoś nikt z nas nie potrafi się przełamać i być wobec niej szczerze sympatyczny. Za dużo się wydarzyło w międzyczasie, żeby ot tak w jedną chwilę to wszystko zniknęło. Dziewczyny robią jej herbatę, częstują jakimiś słodyczami. Chyba i ona nie czuje się na swoim miejscu komfortowo, bo wkrótce idą z Panią Elą do siebie. W sumie Pani Ela mogłaby z nami zostać… ale to niestety jak na razie transakcja wiązana.
Przygotowujemy się z Kubą do wypadu do nocnego sklepu spożywczego. Tym razem idą z nami Ewa oraz Jagoda. Justyna ma czatować przy drzwiach i w odpowiednim momencie wpuścić nas powrotem. Przezornie biorę starą kurtkę. Wychodzimy, przełazimy przez płot i docieramy pod sklep bez problemów. Niestety naszego pijaczka nie ma na horyzoncie – Kuba, Ewa i Jagoda idą do sklepu i robią zakupy ogólnospożywcze. Kuba dyskretnie dokonuje wyboru wśród butelek z winem. Kiedy wychodzą górala nadal nie ma. Za ladą był ten sam sprzedawca więc nawet nie próbujemy go przekonywać. W końcu decydujemy, że rozejrzymy się po okolicy w poszukiwaniu kogoś kto zakupiłby nam wina. Ale w tym momencie jak spod ziemi wyrasta nasz góral. Już prawie po przyjacielsku nas wita, zostaje przyuczony co ma dla nas zakupić, do tego dochodzą dwa piwa oraz nieodzowny serek i kajzerki. Po chwili mamy wszystko co trzeba. Już mamy wracać kiedy góral nas pyta czy jutro też mamy zamiar coś kupić. Stwierdzamy, że najprawdopodobniej tak. Góral mówi nam, że jutro to on nie może bo wieczorem przychodzi do niego kuratorka i że musi siedzieć w domu i na nią czekać – trzeźwy. Więc musimy zrobić może jakieś zapasy. Nie mamy przy sobie więcej pieniędzy na dokupienie zapasów na juro. Dzwonię do Justyny i tłumaczę jaka jest sprawa. Po kilku minutach oddzwania i mówi, że zrobiły ściepę i że zaraz ktoś wyjdzie i przekaże nam pieniądze. Kuba idzie do sklepu, żeby dokonać ponownie oceny przydatności trunków dla naszych celów, dziewczyny zostają na razie pod sklepem, a ja wracam przez płot do klasztoru. Po drodze przyczepia się do mnie jakiś zakopiański kundel i mnie obszczekuje. Czort jeszcze pobudzi wszystkich w okolicy. Na szczęśćcie nudzę się psu i już normalnie docieram do drzwi klasztoru. Sygnał na telefon Justyny. Po chwili dziewczyna wychodzi i wręcza mi pieniądze. A przy okazji dostaję od niej uroczego i bardzo mokrego buziaka. Chcę coś powiedzieć, ale Justyna zaraz znika za zamkniętymi drzwiami. Wracam pod sklep. Psa na szczęście już nie ma. Góraj bez przeszkód kupuje nam co trzeba. Obładowani jak wielbłądy wracamy na kwatery. Najpierw Kuba na płot, potem podsadzam Jagodę, która zaraz przeskakuje na drugą stronę, za nią lądują tam nasze dzwoniące o siebie w reklamówkach zakupy, potem na drugą stronę z moją i Kuby pomocą trafia Ewa, a na końcu przełażę już ja – tym razem na wszelki wypadek bez pośpiechu. Sygnał na telefon Justyny i jesteśmy w środku. Trochę niebezpiecznie dzwonimy jeszcze butelkami na wąskich schodach, ale na szczęście nie wzbudza to niczyjego zainteresowania. W pokoju u dziewczyn, które już częściowo się przygotowały do snu i siedzą w piżamach a częściowo jeszcze nie witaj nas miłe okrzyki. Wino szybko zostaje rozlane do kubeczków. Wznosimy kilka toastów. Tym razem Kuba spisał się wyśmienicie, bo wino jest naprawdę rewelacyjne. Dziewczyny żądają takiego samego następnym razem. Czyli i następny raz jest przesądzony.
Pod prysznic Kuba idzie oczywiście z Andżeliką, ja na końcu – sam. U dziewczyn siedzimy jeszcze potem może pół godziny. Rozmowy schodzą zupełnie na temat fatałaszków i zupełnie ani ja ani Kuba nie możemy pojąć, jak można o tym tak długo mówić. Żegnamy się, życzmy dziewczynom dobrych snów i idziemy do siebie. Gadamy jeszcze ze sobą kilka minut i kładziemy się do łóżek. Przez okno świeci księżyc z niemal bezchmurnego nieba. Czekam na sygnał od Justyny, ale jakoś się nie mogę doczekać. Zastanawiam się nawet czy nie wysłać jej jakiegoś SMS-a… Przyjdzie czy nie przyjdzie? W końcu po jakichś dwudziestu minutach albo nawet później słyszę chrobotanie przy drzwiach. Jednak jest. Ma rozładowany telefon albo coś się jej zepsuło. Ale w tym momencie słyszę, że do drzwi gramoli się Kuba. Pogrzało go czy co? Pytam go szeptem czy jest pewny, że wie co robi. On mi na to, że Jak ja mogę to i on też. Nic nie rozumiem, ale za chwilę wszystko się wyjaśnia, bo w drzwiach majaczy mi cień nocnej koszulki. Andżelika! To takie buty… Kuba robi teatralne ciii! sam nie wiem czy do mnie czy do dziewczyny. Na wszelki wypadek nic nie mówię. Dziewczyna trochę nieśmiało wchodzi do środka, drzwi się za nią zamykają i oboje lądują w łóżku pod wspólną kołdrą. Andżelika chyba postanowiła się całkiem zbuntować. Słyszę jak się kotłują w pościeli, Andżelika co chwila się chichra przytłumionym głosem… W sumie to bardzo się cieszę, że Kuba w końcu znalazł sobie dziewuchę. To chyba dobrze na niego wpłynie. Mam nadzieję, że na Andżelikę też. Tylko gdzie jest na Boga Justyna? Dopiero dziesięć czy piętnaście minut później odzywa się wibrator w moim telefonie. Leży na stoliku i strasznie hałasuje w nocnej ciszy. Kuba i Andżelika zamierają w swoim łóżku, a ja idę wpuścić Justynę. Ta od progu mówi mi: Cholera, nie mogłam wyjść, bo mi się cały czas pod progiem szwendała Andżelika! Jak kot z pęcherzem! Zaczynam się śmiać, Kuba też. Po chwili pojawia się też stłumiony śmiech Andżeliki spod kołdry na łóżku Kuby. Justyna jest zdezorientowana tym dodatkowym nadprogramowym śmiechem, ale w końcu załapuje co się dzieje i też się śmieje. Mówię dziewczynom, że mogłyby się zacząć umawiać która i kiedy przychodzi.
Nie ma co dyskutować – Justyna ląduje w moim łóżku i zaczynamy się całować. Szepczemy sobie jakieś miłe ciepłe słówka. Kuba z Andżeliką również nie próżnują – ona cały czas się tam chichra. Trochę to denerwujące. My nie robimy przy tym tyle hałasu. Ale trudno – nie będę im zwracał uwagi. Jakoś się przyzwyczajamy. Jesteśmy bardziej zainteresowani sobą. Na zmianę jest trochę zwierzęco i namiętnie a trochę delikatnie i czule. Dopieszczam Justynę najpierw palcami a potem językiem. Trochę się obawiamy robić dziś coś więcej ze względu na jej okres – nie chcemy zostawiać zbyt wielu śladów. Potem ona pomaga mi dojść. Jest cudowna. Uwielbiam jej dotyk – zdecydowany a jednocześnie taki miękki i czuły. W końcu przytulam ją na łyżeczkę obejmując ramieniem. Andżelika i Kuba cały czas nie mogą się sobą nacieszyć. Na szczęście robią to teraz trochę ciszej. Oboje z Justyną popadamy w błogi półsen a potem całkiem zasypiamy. Nie potrafię jej po wszystkim wygonić z łóżka do siebie. Wiem, że to trochę niebezpieczne i że gdyby wychowawczyni zebrało się na jakieś poranne wizytacje byłaby awantura, ale nie mam siły, żeby odesłać Justynę. Budzę się przed szóstą, ręka trochę mi zdrętwiała i zaczynam się wiercić. Od tego budzi się Justyna, dostaje porannego całusa – milutkie. Jej ciałko jest takie ciepłe i dziewczęce. Znów się podniecam. Justyna się ze mnie śmieje, bo czuje to na swojej pupie. Łaskocze ją. W końcu stwierdzamy, że rzeczywiście lepiej nic już nie zaczynać. Justyna postanawia wrócić do siebie. Po drodze budzi Andżelikę, która śpi na ramieniu Kuby. Tym razem bez swojej nocnej koszulki. Ta leży obok łóżka – dość intensywne wymiętoszona. Justyna bez słowa podaje jej koszulkę, dziewczyna Kuby zakłada ją pod kołdrą na siebie z wybitnie zawstydzoną miną. Za to mina Kuby świadczy o jego wyjątkowym zachwycie Andżeliką, sobą i światem. Chyba w tej kolejności. W końcu Andżelika wygramoliła się z pościeli i obie dziewczyny wychodzą zatrzaskując drzwi, jest jeszcze prawie całkiem ciemno. Zasypiam wywąchując się w poduszkę cały czas pachnącą Justyną. Jest mi smutno, ze poszła…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty