Wyruszamy pociągiem bladym świtem w sobotę. Zimno. Wszyscy zaspani. Rodzice na dworcu przekazują ostatnie słowa przestrogi (Córeczko! Tylko pamiętaj, żeby się dobrze prowadzić! – autentyczne). Ładujemy się do przedziałów – na razie pociąg osobowy – raczej jest pusto więc anektujemy dla naszej klasy jeden cały (21 osób + wychowawczyni oraz nasza druga opiekunka – szkolna bibliotekarka Pani Ela). Wychowawczyni biega jak kwoka po całym przedziale i cały czas kogoś strofuje – mamy nadzieję, że szybko ją to zmęczy, bo jak tak dalej pójdzie to trzeba ją będzie gdzieś po drodze zostawić. Na szczęście po jakiejś godzinie oklapła.
W Warszawie mamy przesiadkę na InterCity do Krakowa. Wychowawczyni znów dostaje kota. Jest nieznośna. Pani Ela przy niej okazuje się bardzo miłą osobą i na szczęście trochę ją temperuje. Trzeba czekać na Centralnym prawie godzinę. Koszmarny dworzec – kiedy go wreszcie rozwalą? PKP to potencjalnie jedna z najbogatszych firm w Polsce: dworce kolejowe w każdym niemal mieście w Polsce to niemal żyły złota z tysiącami potencjalnych klientów, którzy tam codziennie muszą się znaleźć? Do tego setki tysięcy hektarów doskonałych gruntów pod budowę – często w również niemal w centrach miast? Dlaczego nikt tego nie zagospodaruje? Komu zależy, żeby był taki syf, smród i bród jak na głównym dworcu Warszawy? Komu zależy by wizytówką stolicy Polski były dziesiątki koczujących na dworcu bezdomnych? Zresztą Krakowski dworzec nie wygląda o wiele lepiej. Śmierdzi tylko trochę jakby mniej, ale za to wszędzie walają się jakieś śmieci.
W Krakowie musimy czekać dwie godziny na połączenie do Zakopanego. Proponujemy, że moglibyśmy w tym czasie pójść pozwiedzać chociaż najbliższe okolice dworca. Rzadko ktokolwiek z nas ma okazję być w tym miejscu więc może skoro nadarza się okazja? Wychowawczyni stanowczo odmawia – bo się pogubimy! Jak możemy się pogubić skoro pójdziemy całą grupą i z mapą w rękach? Nie, bo nie! Nawet Pani Ela jest po naszej stronie. Półtorej godziny później wychowawczyni łaskawie się zgadza. Musztarda po obiedzie. Nie ma już czasu, żeby gdziekolwiek iść. Co najwyżej do najbliższego sklepu, żeby kupić jakieś drożdżówki i napoje.
Znów ładujemy się do pociągu. Tym razem ludzi sporo więcej. Rozkładamy się w kilkunastu przedziałach po dwie trzy osoby. Wychowawczyni przez pierwszą godzinę biega od przedziału do przedziału i sprawdza czy nie wyskoczyliśmy z okna albo nie wpadliśmy pod koła pociągu. Jest wykańczająca. W końcu opierdziela ją konduktor, któremu cały czas przy tym zawraca głowę. Za oknem przesuwa się coraz bardziej urozmaicony krajobraz. Jest nawet biało od śniegu. Olewamy wychowawczynię. Akurat wypadło nam (tzn. mnie i Kubie) siedzieć z Panią Elą. Podejrzewamy naszą wychowawczynię, że to tak specjalnie, żeby dziewczyna miała nas na oku. I bardzo dobrze. Bo bibliotekarka prywatnie okazuje się przemiłą dziewczyną z poczuciem humoru i zdrowego rozsądku. Żartujemy sobie z nią, opowiada nam dowcipy a my jej. Jest zabawnie. Przyłącza się do nas z przedziału jeszcze starszy pan po sześćdziesiątce oraz młode małżeństwo z dwiema może siedmioletnimi bliźniaczkami. Matka bliźniaczek jak się okazuje chodziła na ten sam kierunek na UW tylko kilka lat wcześniej. Zaczynają wspominać poszczególnych wykładowców ze studiów i różne wydarzenia ze studenckiego życia. Bliźniaczki pokazują nam swoje rysunki, a rysują lepiej od naszej nauczycielki plastyki. Tak dojeżdżamy do Zakopanego.
Na dworcu w Zakopanem nasza wychowawczyni dostaje znów kota – tym razem jednak dlatego, że nie za bardzo wie jak mamy się dostać do naszych zakonnic u których mamy nocować. Dzwoni nawet do nich, ale nie odbierają telefonu. W końcu mówimy jej, że najprościej będzie chyba wynająć busa bo miejscowy kierowca na pewno wie gdzie to jest. Nasza wychowawczyni okazuje się całkowicie nieprzygotowana i zagubiona poza swoją szkołą. Trzeba przejąć inicjatywę. Pada na nas – mnie i Kubę, bo nasze dziewczyny boją się, że trzeba będzie rozmawiać po góralsku – idziemy do jednego z kierowców i pytamy za ile zawiedzie naszą grupę pod wskazany adres. Pada suma w czystej polszczyźnie, a my wtedy do następnego kierowcy z tym samym pytaniem. Obeszliśmy jeszcze dwóch innych i wybraliśmy najtańszego. Do busa ledwo się mieścimy. Jest sporo bagażu i plecaki trzeba upychać pomiędzy siedzenia. Jedziemy. Dziewczyny się śmieją podskakując na każdym dołku w jezdni – wychowawczyni jest desperacko zawstydzona i rozbita. Padł jej autorytet. Coś mi się wydaje, że niedługo sobie to na nas odbije.
Okazuje się, że siostry nie odbierały dlatego, ze wypadała jakaś godzina modlitwy czy coś takiego. Ale teraz SA do dyspozycji. Dziewczyny dostają trzy dość sporej wielkości salki do własnej dyspozycji. Ja z Kubą specjalny trzyosobowy pokoik o skośnym dachu. Zakonnice ostrzegają, że jakby co to nam kogoś dokwaterują. Na szczęście jak się później okazało to tylko takie gadanie. Przez cały czas mamy pokój do własnej dyspozycji. Pani Ela i nasza wychowawczyni lądują w osobnym pokoju w zupełnie innej części budynku – obok zakonnic. Wychowawczyni jest niepocieszona i próbuje się przenieść do nas, żeby mieć na nas oko, ale zakonnice stwierdzają, że nie mają innych wolnych pokoi. Wszyscy współczujemy Pani Eli – dziewczyny coś tam jej szepczą, żeby się nie krępowała i jakby co, to niech przychodzi do nich. Rozpakowujemy się i idziemy na spóźniony obiad do sióstr. Zakonna kuchnia bardzo nam smakuje – siostra-kucharka okazuje się specjalistką w swoim fachu i nie żałuje porcji. To już drugi plus dla siostrzyczek, pierwszy dostały za odseparowanie od nas naszej wychowawczyni. Robi się trochę późno, ale siostry zapraszają nas na zwiedzanie swojego kościółka i na mszę. Taka próba ewangelizacji, ale subtelna i nie nachalna. Idziemy wszyscy. Kościółek okazuje się sporym kościołem. Ksiądz wita nas podaniem ręki na progu, jest nawet sporo ludzi jak na dzień powszedni. Po mszy z dumą robi za przewodnika po swojej świątyni i pokazuje różne elementy wystroju i opowiada anegdotki z życia parafii. Myślę, że to stały punkt w jego pracy duszpasterskiej, a siostrzyczki dostarczają mu cały czas nowe owieczki do zewangelizowania. Ksiądz podbija serca naszych dziewczyn – ładnie mówi po polsku chociaż czasami płynnie przerzuca się na góralską gwarę; szczególnie w dialogach. Robi dobre wrażenie. Wracamy do klasztoru na nocleg. Po drodze obrzucamy się z dziewczynami śnieżkami. Śniegu nie ma za wiele, ale na śnieżki wystarczy. Poza tym dobrze się lepi. Wychowawczyni jest zgorszona szczególnie tym, że przyłącza się do nas Pani Ela. Wszyscy są zmęczeni całodzienną podróżą i idziemy spać. Przynajmniej w teorii. Wynajmowana turystom część klasztoru ma osobne wejście trzeba wyjść na zewnątrz i wejść od zupełnie innej strony, żeby dotrzeć do pokoju w którym będą nocowały nasza wychowawczyni i Pani Ela. Pokoje naszych koleżanek oraz nasz są na drugim piętrze – jest tutaj jeszcze jedna salka (na razie pusta) taka sama jak mają dziewczyny oraz dwa małe pokoiki wynajęte przez jakieś małżeństwa. Potem się okazuje, że całkiem sympatyczni ludzie. Za to za mało jest łazienek – dwie wspólne chociaż dość duże w korytarzu. Przed snem wychowawczyni robi nam jeszcze wizytację, z zaskoczenia chce zajrzeć do naszego pokoju. Na szczęście zamknęliśmy się od środka – właściwie przez przypadek, bo okazuje się że zamek sam się zatrzaskuje. Ale wychowawczyni nawet nie zapukała – chyba chciała sprawdzić czy palimy papierosy, bo to jej konik wychowawczy. Kobieta zawsze uwielbiała robić pogadanki o szkodliwości palenia, co jest tym śmieszniejsze, że sama pali i stara się ukryć swój nałóg przed nami. Ale i tak wiemy. Otwieramy i wychowawczyni wpada wąchając powietrze i z pytaniem dlaczego się zamykamy? No i co takiej odpowiedzieć? Żeby może nie właziła do nas bez pukania? Udaje się nam ją spławić, odczekujemy chwilę i idziemy do naszych dziewczyn – u nich też była i wąchała. W mojej klasie palą może ze trzy dziewczyny i to raczej towarzysko i nienałogowo. Poza pozostałymi chłopakami, których akurat nie ma na tej wycieczce i którym papierosy wydają się oznaką ich dorosłości, właściwie nikt nie ma z tym problemu. Jedna z dziewczyn z równoległej klasy i która z nami pojechała trochę pali. Ale też najwyżej kilka sztuk dziennie.
Nie przepadam za palącymi – ich wybór. Sam unikam związków z palącymi dziewczynami. Ani pasta do zębów ani guma do żucia nie pomaga się w pozbyciu nieprzyjemnego smaku na ustach podczas całowania się. Ale jakoś strasznie głupie wydaje mi się takie tropienie papierosów jakie prezentuje nasza wychowawczyni. Żenada.
Wizyta u naszych dziewczyn przeradza się w coś w rodzaju piżama-party. Schodzą się pozostałe nastolatki z dwóch innych pokojów. Objadamy się zapasami ciastek i czekolady z zapasów wciśniętych przez rodziców na drogę i pijemy gorącą herbatę. Każdy pokój ma na wyposażeniu czajnik elektryczny. Kolejny plus dla sióstr. Kończymy gdzieś o pierwszej i idziemy do siebie.

Niestety Justyna znów robi wszystko przez cały dzień żeby się ode mnie odseparować.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty