Śniadanie – zwiedzanie – Zakopiański standard – zaczynam się przyzwyczajać. Gdzie po drodze przeprowadzam z Justyną bardzo długą i poważną rozmowę z której kompletnie nic nie wynika. Wiem po niej jeszcze mniej niż wiedziałem przedtem. Gubimy się gdzieś pomiędzy słowami, trochę nam przeszkadza ciągłe towarzystwo innych osób, które cały czas są gdzieś w pobliżu. Justyna chyba jakoś nie jest w stanie wyrazić werbalnie tego, co czuje. Ja też. Potrzebujemy swojej bliskości, ale jeszcze bardziej potrzebujemy swobody. Trochę jak małe dziecko, które chce poznawać świat już bez mamy, a poczucie bezpieczeństwa zapewnia mu ciągnięty za łapę pluszak. Chyba jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek poważne deklaracje: ona potrzebuje więcej czasu, ja potrzebuje więcej czasu. Nasza rozmowa zapętlą się w jakichś porównaniach i ogólnikach. Zostaje wszystko po staremu. Może tak jest lepiej, a może to początek końca. Lepiej nie myśleć o tym za dużo. Lepiej może wcale nie myśleć. Chłonąć dzień, chłonąć noc, chłonąć wszystko to co się wokół dzieje, chłonąć świat… Nie analizować, nie szukać dziury w całym, zaakceptować rzeczywistość w takim kształcie jaka ona jest. Nie zepsuć tego, co się już ma. Kuba chyba to potrafi – z Andżeliką wygląda na szczęśliwego. Niczego nie oczekuje i traktuje rzeczywistość jako prezent od istot transcendentnych. A może tylko tak to wygląda?
Staliśmy dziś z Justyną pod Wielką Krokwią. Nawet nie trzymaliśmy się za ręce, ale czułem znów intensywną więź. Taką, która łączy tak samo silnie na odległość włosa i na odległość setek kilometrów. Ona też chyba to czuła, bo jako tak pojrzała na mnie czule – jestem bardzo łakomy tych jej spojrzeń, które rozświetlają niebo. Nic już wtedy nie mówiliśmy – chyba słowa nas przerastają.
Wróciliśmy do sióstr na kolację – jak zwykle dobrą. Przyzwyczajam się do miłych chwil. Justyna siedzi przy moim stoliku i jeszcze dwie dziewczyny z mojej klasy – Ewa i Basia. Rozmawiamy o jakichś głupstewkach. Justyna uśmiech się, śmieje – uwielbiam patrzeć na jej dołeczki w policzkach, są urocze, dziewczęce, wspaniałe. Wyobrażam sobie, że śmieje się dla mnie. Taka chwila intymności w tłumie.
Po kolacji idziemy na górę. Nasza wychowawczyni idzie z nami. Niestety… Na schodach idę obok Pani Eli. Bibliotekarka mówi mi: Oj, nie macie wy szczęścia do wychowawczyni… I co ja mam jej na to odpowiedzieć? Mówię tylko: Mogliśmy trafić gorzej. Brzmi to chyba bardzo nieprzekonująco. Chyba nie potrafię zdobyć się na mówienie czegoś jeżeli w to sam choć trochę nie wierzę. Nasza wychowawczyni postanowiła zrobić inspekcję – znów odezwał się w niej wyrabiany i tresowany latami instynkt pedagogiczny. Udaje, że jest miła dla nas, my udajemy, że jesteśmy mili dla niej. Lodowata sympatia – trochę jak nóż za plecami. Wychowawczyni przez bite dwie godziny robi nam pogadanki na temat zachowania, wychowania, kształtowania i nauczania. Potem jest o potrzebie edukacji i wykształcenia. Pół godziny o papierosach – co interesujące – nic o alkoholu. Dobrze, że po szafkach nie grzebała. U dziewczyn stoją jeszcze butelki. Trzeba będzie pamiętać, żeby się tego jutro pozbyć. A może będzie trzeba zorganizować z Kubą nocną wyprawę do śmietnika z tym całym szkłem? Pani Ela co jakiś czas próbuje tamować belferskie słowotoki naszej wychowawczyni. Bezskutecznie. W końcu jesteśmy już tak tym znudzeni, że nawet nie reagujemy na jej słowa. Monotonna chropawa gadanina naszej wychowawczyni jest już tak bełkotliwa i zlewa się w jeden szmer – nieprzyjemny, zgrzytliwy, ale kompletnie niezrozumiały i pusty. Koniec końców nasza wychowawczyni chrypnie. Po prostu. I dzięki temu nie musimy siedzieć tam do rana i słuchać jej bezbarwnego wodnistego słowotoku. Pani Ela zabiera ją na dół i obiecuje jakąś herbatę malinową. My mamy zepsuty wieczór. Jesteśmy zmęczeni jej paplaniną bardziej niż całodziennym łażeniem po Zakopanem. Dopijamy resztę wina. Dziewczyny po kolei wędrują do łazienki. Wszystkich ogarnia apatia. Jest jakoś smutno. Dlaczego Pani Ela nie jest naszą wychowawczynią? Dlaczego szkoły zawsze muszą zatrudniać niespełnione strażniczki z obozów koncentracyjnych albo sowieckich łagrów? Nasz wychowawczyni świetnie czułaby się w roli oświęcimskiego kapo… Albo oficera politycznego w Armii Czerwonej. Tyle, że urodziła się w złym miejscu i w z złym czasie: teraz takie jak ona mogą trafić co najwyżej do jakiejś szkoły.

Kuba pod prysznic idzie oczywiście z Andżeliką. Ja idę sam. Przez cały ten czas wyobrażam sobie, że Justyna jest tam ze mną. Że myje jej plecy, patrzę jak woda spływa po jej ramionach, piersiach, brzuchu, udach… Ale Justyny nie ma. Wracam do pokoju dziewczyn. Siedzimy jeszcze trochę i rozmawiamy o szkole. Dobrze, że po powrocie czekają nas dwa tygodnie ferii zimowych. Ta myśl podtrzymuje na duchu całą klasę po tych pedagogicznych wynurzeniach naszej wychowawczyni. Idziemy z Kubą do siebie i czekamy na nasze dziewczyny. Przychodzą już tym razem wspólnie. Dostaję sygnał na telefon, Kuba dostaje jednocześnie na swój. Wchodzą obie na paluszkach. Nie świecimy nawet światła. Jest tylko cieniutki sierpik księżyca za oknem. Przytulamy się. Justyna się w końcu rozgrzewa. Trwa to bardzo długo. Nie możemy się skupić na sobie, cały czas coś nas dekoncentruje, przeszkadza, denerwuje. Jesteśmy po wszystkim bardzo zmęczeni. Słyszymy równe oddechy Andżeliki i Kuby dochodzące z ich kąta. Śpią. My te zasypiamy.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty