Okazało się że w poniedziałek był bardzo ciepło i słonecznie. Namówiliśmy Panią Elę, żeby ta namówiła naszą wychowawczynię, żebyśmy poszli może tego dnia na Gubałówkę. Taka droga transmisji informacji pomiędzy moją klasą a naszą wychowawczynią okazała się najskuteczniejsza. Opiekunka naszej klasy była kompletnie tego dnia nie w sosie i zupełnie oklapnięta. Chyba nawet jej nie chciało się chodzić po tych zapowiadanych wczoraj muzeach. Więc stanęło na tym, że po śniadaniu idziemy na Gubałówkę. Zakonnice po znów przyzwoitym śniadaniu wytłumaczyły – głównie Pani Eli i nam, bo wychowawczyni tylko patrzyła bezmyślnym wzrokiem na naszą mapę – jak dotrzeć na szczyt wzniesienia i poszliśmy. Kawał drogi. Może to i dobrze, że nasza wychowawczyni nie jest w stanie ni w ząb pojąc idei mapy, bo najprawdopodobniej by się nie zgodziła na taką eskapadę. Rozjeżdżony i wydeptany śnieg na asfaltówce wiodącej na szczyt Gubałówki praktycznie się wytopił i tylko w zacienionych miejscach zostało troszeczkę błota a poza tym było już praktycznie sucho. Szło się zupełnie przyzwoicie, słoneczko świeciło, a że szliśmy od strony słońca po dość nagrzanym zboczu było nam bardzo ciepło. Po drodze udało mi się nawet przez kilkanaście minut porozmawiać z Justyną – mówiliśmy sobie jakieś ogólniki o widokach i pogodzie i nie wspominaliśmy o tym, co się stało tej nocy, ale na kilka chwil Justyna przytuliła się do mnie a ja ją objąłem. Taki gest trochę kumplowski, a trochę żartobliwy, ale jakoś wydał mi się bardzo cenny. Nie lubię Goethego ale właśnie wtedy mógłbym go zacytować: Trwaj chwilo, jesteś piękna! Dla innych osób z mojej kasy nic się wtedy nie wydarzyło, chyba nikt nie zauważył w tym rozgardiaszu i bezładzie naszej grupy, że Justyna w ogóle się do mnie przytuliła. Wiedzieliśmy o tym tylko my dwoje – ona i ja. Może powinienem podkreślić to my? Chwila nie trwała jednak wiecznie – Justyna pobiegła do przodu do swoich koleżanek, ktoś do mnie zagadał… czar chwili zniknął.
Ale parę minut później znów stało się coś niezwykłego. Właściwie to zapowiadało się na totalną katastrofę. Nasza wychowawczyni trochę podminowana własnym złym humorem a trochę Bóg jeden wie czym wszczęła rozmowę z Andżeliką – już gdzieś wcześniej chyba pisałem, że wszyscy nauczyciele lubią Andżelikę, ale nie dlatego, że ją cenią za jakieś przymioty tylko dlatego, że Andżelika nie sprawia żadnych problemów. Bez szemrania wykonuje wszystko, co jej się poleci, nie dyskutuje, zawsze zrobi to, co jej się nakaże. Uczennica idealna. Jej metodą na dobre stopnie w szkole (nawet bardzo dobre – ma lepsze oceny ode mnie) jest nauczenie się wszystkiego na pamięć. Nie wiem, czy dziewczyna coś z tego rozumie, czego się uczy, ale dobrej pamięci nie można jej odmówić. Nauczycielstwu wystarcza więc w zupełności wodzenie wzrokiem po podręczniku który z pamięci recytuje Andżelika – chodzący ideał i jego edukacja nie wymaga żadnych starań. Po prostu wystarczy powiedzieć – od strony 117 do strony 121. Gotowe. Ale tym razem Andżelika postanowiła się zbuntować. Właściwie to nikt chyba nigdy nie wiedział co siedzi w jej głowie. Nawet nie mogę powiedzieć, że ktoś jej w naszej klasie nie lubił – raczej wszyscy ją ignorowali – w tym również ja i Kuba. Nie chcę tutaj zwalać całej winy na Andżelikę, która zawsze robiła co tylko mogła, by nie zostać zauważona przez kogokolwiek, ale tak było. Andżeliki więc jakby w ogóle nie było. Ale tym razem wydarzyło się coś niezrozumiałego. W pewnym momencie nasza wychowawczyni kategorycznie stwierdziła: Wracamy! Na nasze pytanie: Dlaczego? Nasza wychowawczyni odpowiedziała, że Andżelika nie jest w stanie dalej iść. Jakoś tak chwilę przedtem kątem oka zauważyłem, że nasza zahukana koleżanka rozmawia z wychowawczynią naszej klasy. Andżelika nie wyglądała mi na jakoś specjalnie zmęczoną drogą, ale nie będę się w tej kwestii za nią wypowiadał. Może była – każdy ma prawo mieć gorszy dzień. Andżelika też. Tyle, że jakoś tak mi się dziwnie wydaje, że to naszej wychowawczyni najbardziej zależało na tym, żeby wycieczka się nie udała i żebyśmy musieli wracać. Właściwie z tym wracaniem to najgłupszy z możliwych pomysłów – pozostała nam mniej więcej jedna trzecia drogi a ze szczytu do centrum Zakopanego można zjechać kolejką. Gdybyśmy wracali musielibyśmy przejść jeszcze raz dwie trzecie drogi. Niby w dół, ale jednak.
Wydaje mi się, że to nasza wychowawczyni wmówiła Andżelice, że ta jest już tak zmęczona, że nie jest w stanie dalej iść. Andżelika pewnie i była zmęczona – w końcu to kilka ładnych kilometrów cały czas pod górę – ale pewnie w takim samym stopniu jak wszyscy pozostali. Nawet Edyta, która ma astmę i jest ogólnie znana w całej klasie z mizernej kondycji fizycznej wcześniej nie protestowała, że nie daje rady. Próbowaliśmy namówić Andżelikę, żeby poszła dalej z nami, że już zostało niewiele drogi i że na pewno da radę.
I w tym momencie wydarzyło się coś naprawdę dziwnego. Kuba, który jest znany ze swoich zachowań całkowicie aspołecznych i talentu do mówienia najbardziej niewłaściwych rzeczy w najbardziej niewłaściwych momentach stwierdził, że on chciałby teraz porozmawiać prze moment z Andżeliką na osobności. Wszyscy łącznie ze mną popatrzyli na mojego kumpla jak na zielonego ludzika, który nagle wylazł z krzaków i żąda spotkania z prezydentem. Wychowawczyni niemal wyszły oczy z orbit, a Andżelika z nas wszystkich była chyba tym obrotem sprawy najbardziej zaskoczona. Wychowawczyni nawet wyrwało się a o czy tutaj rozmawiać… Tyle, że Kuba już pociągnął (dokładnie, pociągnął!) Andżelikę za rękę do przodu o kilkanaście kroków tak żeby nikt nie słyszał o tym o czym rozmawiają. Najpierw coś jej tam szeptał, ona na przemian albo kręciła głową albo nią kiwała i chyba nie wypowiedziała żadnego słowa podczas tej rozmowy. Trwało to jakieś dwie albo trzy minuty, podczas których wszyscy parzyli na nich w całkowitym milczeniu. W końcu oboje wrócili i Kuba kategorycznym głosem stwierdził, że Andżelika idzie dalej a jakby co to on jej pomoże. Zobaczyć w takiej chwili minę wychowawczyni – bezcenne… No, ale sama się wkopała. Przyznaję – byliśmy wobec nie złośliwi, bo to chyba ona była po prostu zmęczona tą wycieczką, ale milcząco zadecydowaliśmy, że nie będziemy się nad nią roztkliwiać. Skoro próbuje zagrywek opłotkami to i my jesteśmy zwolnieni z gry fair. Nasza wychowawczyni chciała wykorzystać zależność Andżeliki od siebie i to się jej nie udało. O własnym zmęczeniu nic nie mówiła – więc nie może mieć żadnych pretensji.
W końcu Andżelika weszła na górkę, wychowawczyni także. Zasapana, ale weszła. Muszę uczciwie przyznać Kubie, że ten jego manewr był mistrzowski i zachował się niesamowicie. Później pytałem go, co takiego powiedział dziewczynie, że zmieniła zdanie wbrew woli naszej wychowawczyni, ale on odpowiedział tylko: Eee… takie tam… nic specjalnego… po prostu powiedziałem jej, że jej pomogę wejść… Tym takim tam zaskarbił sobie dozgonną nienawiść wychowawczyni, ale się tym nie przejmował. Znów ujawnił się jego wybitnie aspołeczny charakter.
Kuba dosłownie pod rękę doholował Andżelikę na samą górę cały czas coś jej opowiadając i ewidentnie jej nadskakiwał, dziewczyna odpowiadała mu jakimiś pojedynczymi słówkami i półsłówkami. Ogólnie bardzo zabawnie wszystkim nam się to obserwowało. Po drodze na szczyt rozmawiałem przez moment z naszą drugą opiekunką, Panią Elą, która stwierdziła, że może to zupełnie niepedagogiczne, ale twój kolega zrobił na mnie wrażenie; możesz mu powiedzieć, że wasza wychowawczyni nie zapomni mu tego do końca życia; to było świetne! Poczułem dumę z mojego przyjaciela, naprawdę i to nie tylko ze względu na słowa bibliotekarki. Ze szczytu jest fajny widok na Tatry, Zakopane i okolicę – robimy trochę zdjęć.
Z górki zjechaliśmy już kolejką jak cywilizowani turyści. Jako, że było jeszcze dość wcześnie Pani Ela znów wymogła na wychowawczyni czas wolny dla nas do dyspozycji. Kuba gdzieś od razu przepadł – z Andżeliką. Dziewczyny stwierdziły, że idą do McDonalda, a ja postanowiłem poszukać kawiarenki internetowej. Właściwie teraz trochę tego żałuję… Cóż, kawiarenka zaraz nawet się znalazła – za osiem złotych za godzinę. Najdroższa jaką w życiu widziałem. W dodatku wyposażona w komputery o wartości muzealnej (pierwsze muzeum w Zakopanem zaliczone!) i myszki uświnione jakimś dżemem. Ohydztwo. Już to powinno mnie było zniechęcić do zaglądania na mojego bloga, ale jakoś nie zniechęciło. Okazało się, że jak już najprawdopodobniej wiecie mój blog został usunięty z indeksów wordpressa i nie ma go od piątku wieczorem w rankingach i stronach tagów, a ilość wejść spadła o jakieś dwa tysiące dziennie. Co tu dużo mówić – wkurzyłem się, jak rzadko. Trochę uzależniłem się od tego elektronicznego ekshibicjonizmu i kilka razy łapałem się już na myśleniu o tym co napiszę na moim blogu i w jaki sposób. Zrobiło się to bardzo osobiste. Ale administratorzy wordpressa postanowili mi zrobić paskudnego psikusa i złośliwie zakwalifikowali mojego bloga – teraz już wiem na pewno, że po doniesieniu pewnej osoby, której się nie podobało moje wysokie miejsce w rankingach – jako tylko dla dorosłych – chyba będę musiał pójść i zapytać taty czy wolno mi czytać to, co sam przed chwilą napisałem. Zmachałem więc naprędce notkę, wrzuciłem parę komentarzy na inne blogi z informacją o zachowaniu adminów wordpressa, wysłałem kilka e-maili i wkurzony opuściłem zakopiańską kawiarenkę. Z postanowieniem, że więcej nie będę się w tym dżemie babrał. Zadzwoniłem jeszcze do Pawła z prośbą, żeby sprawdził co się stało z moim blogiem, wysłałem mu loginy oraz hasła i takie tam, żeby mógł w tym pogrzebać i wróciłem do dziewczyn do McDonalda. Ciepła herbata mi nie pomogła – przez cały wieczór byłem zły. Dotąd nawet nie sądziłem, że tak się przywiązałem do mojego bloga. Hmmm…
Kuba gdzieś w tym czasie oprowadzał Andżelikę po zakopiańskich zaułkach. Drugie hmmm…
W końcu wróciliśmy do zakonnic na kolację. Siostra-kucharka znów stanęła na wysokości zadania – kurczak był bardzo smaczny i jako, że tym razem się nie spóźniliśmy nie musieliśmy iść do kościółka z zakonnicami na mszę. Nie wiem czego się siostrzyczki spodziewały, ale chyba były lekko zawiedzione. Podczas kolacji Kuba już nie trzymał się tak kurczowo Andżeliki choć wyraźnie było widać, że jest zainteresowany jej osobą. Nawet kilka osób zwróciło mi na to uwagę… Wychowawczyni zmęczona całodziennym łażeniem postanowiła jak najszybciej pójść spać – więc odkryliśmy kolejną metodę na jej zagrywki – zmęczyć, aż padnie. Wiem – tak, jesteśmy złośliwi, ale to ona zaczęła!…
Wychowawczyni zniknęła więc w swoim pokoju, Pani Ela i jeszcze trzy inne dziewczyny postanowiły jednak zrobić przyjemność zakonnicom i pójść na wieczorną mszę, trudno mi powiedzieć czy z przekonania, czy z jakiegoś innego powodu. Cała reszta udała się na górę i znów rozlokowaliśmy się wspólnie w jednym z dziewczęcych pokojów. Jako, że łazienka była wspólna na korytarzu w międzyczasie jak zwykle po kilka dziewczyn wychodziło się do nie umyć przed snem. Dziewczyny wychodziły po dwie albo po trzy, bo to było chyba najbardziej optymalne rozwiązanie. Wracały już przebrane w piżamy. Cała reszta siedziała sobie na łóżkach i wesoło rozmawiała. Kuba co jakiś czas ukradkowo zerkał w kierunku Andżeliki – nie wiem, czy wydawało mu się, że nikt tego nie widzi… W sumie dziewczyna robiła to samo, ale jakoś tak dyskretniej. Nikt jednak tego nie komentował, przynajmniej oficjalnie, bo pewnie dziewczyny coś tam między sobą szeptały. My z Kubą mieliśmy się pójść umyć jako ostatni – osobiście wolałbym pójść pod prysznic z Justyną, ale przyzwoitość nakazywała zrobić nam inaczej. I tutaj wydarzyła się kolejna niesamowita historia tego dnia. Raz, że jakoś tak Andżelika zamarudziła i nie poszła pod prysznic z dziewczynami z którymi była na to umówiona, a dwa, że do łazienek …poszła z Kubą. Tak po prostu, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem, bez żadnego słowa. Najbardziej zahukana i najbardziej zakompleksiona dziewczyna w całej klasie idzie sobie pod prysznic z chłopakiem. Cała moja klasa była zupełnie oniemiała. Żadna z dziewczyn nie wydusiła z siebie ani słowa komentarza. Trudno mi powiedzieć jak wysoko stoi Kuba w rankingu atrakcyjności wśród dziewczyn z mojej klasy, ale nie sądzę, żeby wypadał jakoś pod koniec tej listy. Zonk.
Wrócili też razem – Andżelika w swojej nieśmiertelnej nocnej koszulce z falbankami, Kuba w granatowym dresiku (no, tak śpi, jakby ktoś się pytał; ja osobiście wolę nago, ale na wycieczce się poświęciłem i sypiam w szortach i T-shircie). Też bez słowa wyjaśnienia. Ja stwierdziłem po prostu, że no to teraz moja kolej i wyszedłem. W czasie ich nieobecności rozmowy przestały się zupełnie kleić, nikt tego nie komentował, ale najwyraźniej wszyscy o tym myśleli. Chyba podobnie było również w tym czasie kiedy mnie nie było. Kiedy wróciłem Kuba siedział w jednym kącie, Andżelika w zupełnie innym. Jakby nigdy nic. Całe towarzystwo popijało sobie herbatkę, podjadało ciastka i zachowywało się niby zupełnie normalnie. Niby normalnie, ale nie do końca. Atmosfera była mocno dziwna. Tak to trwało jeszcze z godzinkę podczas której wszyscy jakby zapomnieli co się dziś wydarzyło. Rozeszliśmy się do swoich pokojów po północy. Tylko Justyna jakoś tak w przelocie szepnęła mi tylko, że dziś nie może, bo ma okres i żebym na nią nie czekał. Ot, złośliwość natury…

Zapytałem Kubę o co chodzi, a on mi na to: A co ja Ci będę mówił. Sam wiesz to co się głupio pytasz. Więc poszliśmy spać.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty