Wybrałem się dziś rano z ojcem do Białej Podlaskiej. On miał zrobić jakieś gospodarcze zakupy, a ja trochę wolnego czasu. Poza tym miałem mu pomóc załadować na samochód to, co zamierzał nabyć. Pojechaliśmy, połaziłem trochę po bialskich sklepach, ale nie wypatrzyłem nic dla siebie. Na parkingu przed jednym z nich zostawiliśmy samochód. Jakąś godzinę później przyturlaliśmy wózek z workami z paszą. No, i traf chciał, że byliśmy już kilka metrów od samochodu, kiedy jakiś idiota w BMW kręcąc się po parkingu przygrzmocił w nasz samochód. Wszystko to wiedzieliśmy jak na dłoni. A kretyn z BMW odkręcił szybkę, spojrzał do tyłu, wylazł ze swojego auta obejrzał swoje straty (naszymi nawet się nie zainteresował) i już zaczynał wgramalać się powrotem do swojego samochodu kiedy go dopadliśmy. Chciał po prostu zwiać. Potem się tłumaczył, że tylko chciał inaczej ustawić swoje BMW, żeby nie blokować przejazdu. Więc mój ojciec podciągnął wózek z paszą tak, żeby zablokować mu wyjazd i żeby gość nie mógł nam zwiać i pytamy się, co gość wyprawia. A on nam na to, że mu brzęczyk nie zadziałał!… Pytamy więc go, czy on w ogóle patrzy czasem w lusterko. Wgniótł nam całą maskę w samochodzie i rozwalił światło i chciał jeszcze zwiać z miejsca wypadku. Stwierdziliśmy, że wzywamy policję. A kretyn z BMW aż się skulił. Mówi nam, że nie, że policji nie trzeba, bo on ma już jedenaście punktów i za to dowalą ma parę następnych, tak, że może stracić prawo jazdy. Mój ojciec go więc pyta co facet proponuje. Gość odpowiada, że pokryje nam szkody, ale nie wie nawet ile wymiana lampy, zderzaka i klepanie maski może nas kosztować. Mój senior przypomina mu, że chciał zwiać z parkingu. Ja się jeszcze dokładam, że na parkingu są kamery i że sklep na pewno chętnie udostępni je policji. Wtedy przychodzi żona kretyna. Wypindrzona i wytapetowana jak nieboskie stworzenie. Arturku, co się stało? Arturek zaczął się tłumaczyć żonie. Na, co ta mu mówi, żeby wezwać policję i będzie po sprawie. Chyba jeszcze gorsza kretynka niż mężulek. W końcu gość proponuje mojemu ojcu półtora tysiąca. Ojciec się zastanawia, ale w końcu się zgadza. Arturem stwierdza, że w takim razie to on idzie do bankomatu przy sklepie. Cały czas mamy go na oku. W końcu przychodzi i mówi, że akurat na koncie miał tylko tysiąc czterysta i że nie ma nic przy sobie. Jego małżonka patrzy na niego jak na kretyna kompletnego. Ojciec stwierdza tylko: No to wzywamy policję. Ale stoi dalej. Gość szpera po kieszeniach. Znajduje jeszcze pięćdziesiątkę w jakiejś kieszeni kurtki. Ojciec stoi dalej i nic nadal nie mówi. W końcu Arturek pyta żony czy ma pięćdziesiąt złotych. Baba dostaje białej gorączki i zaczyna wyklinać Arturka jak stary szewc. Mamy ubaw, bo kobieta najpierw zgrywała damę co to bułeczkę przez chusteczkę a okazała się zwykłą… hmmm… no, może już nie będę pisał. W końcu żona Arturka wydobywa gdzieś z torebki portfelik i odlicza pięćdziesiąt złotych. W monetach. Głównie po dwa złote. Ale trafiają się nawet pięćdziesięciogroszówki. Przykro nam było już na to patrzeć. W końcu uzbierali te półtora tysiąca i Arturek wręczył je z przepraszającym wzrokiem zbitego psa mojemu ojcu. Pojechali, załadowaliśmy paszę do samochodu i wracamy do domu. Lampa była rzeczywiście zbita, ale żarówka ocalała więc nawet nie było potrzeby natychmiastowej interwencji. W drodze powrotnej pytam ojca ile ta naprawa będzie tak naprawdę kosztowała. Ojciec mi na to: Eee… może ze dwie stówy. Chyba, że się jeszcze płyn do spryskiwacza wymieni przy okazji to trochę więcej… Zaczynam się śmiać. W domu ojciec wręcza mi dwie stówy i mówi, że to za te kamery, bo on o tym nie pomyślał.
Po południu ojciec rzeczywiście pojechał do warsztatu, a po drodze mnie podrzucił do ciotki na wieś. Trzeba podtrzymywać kontakty z rodziną. Ciotka zrobiła nawet dobry obiadek. Marcina jak zwykle nie było w domu – czarna owca szlajała się gdzieś ze swoimi kumplami. Maluchy dostały ode mnie (a właściwie od mojej mamuśki) po pluszowym misiu. Wioleta i Gabrysia wyrastają na śliczne panny. Trochę poplotkowaliśmy, obejrzałem zdjęcia z jakiejś szkolnej zabawy i wróciłem wieczorem do domu autobusem.
Wieczorem dowiedziałem się jeszcze, że w warsztacie ojciec zapłacił 320 złotych. Razem z płynem do spryskiwacza i myciem samochodu. Wgniecenia nie widać. Zrobili wszystko od ręki.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty