(Dla tych, co nie szprechają – zdanie to po niemiecku znaczy Jestem Polakiem!)
Tak podobno mówili o sobie kilkaset lat temu gdańszczanie. W większości Niemcy, choć dużo wśród nich było Holendrów, Anglików, Szkotów, Duńczyków czy Szwedów. A i inne narodowości się zdarzały. Polaków czy Prusów też było tam sporo, ale żywioł niemiecki zdecydowanie przeważał. I ten żywioł mówił właśnie z dumą o sobie: Wir sind Polen! Jesteśmy Polakami! Skąd nagle wziął mi się ten temat? Po pierwsze kilka dni temu pewien inny i bardziej doświadczony ode mnie bloger zasugerował mi poszerzanie tematyki mojego bloga – nie chcę jej poszerzać za bardzo, ale trochę chyba jednak mogę. Po drugie natomiast świeżo jestem po przeczytaniu pierwszego tomu książki Jacka Komudy Galeony wojny traktującej o chwalebnych dziejach początków polskiej marynarki wojennej której jenym z pierwszych admirałów był Arend Dickmann – prawda, że nosił swojskie polskobrzmiące imię i nazwisko? Arend Dickman (tak pisał się z niemiecka, po niderlandzku byłoby Arend Dijckman – w ogóle pisownia imion i nazwisk była wówczas bardzo płynna) był z pochodzenia Holendrem, większość życia pracował jako kupiec i pływał po większości mórz ówcześnie znanego świata. Na stare lata został natomiast głównodowodzącym admirałem polskiej floty wojennej stworzonej z plecenia króla Zygmunta III Wazy i dowodził podczas zwycięskiej bitwy pod Oliwą w której zginął.
Ówcześni pozostali kapitanowe polskiej floty wojennej też nosili nazwiska niemieckie, a i nazwy statków którymi dowodzili też były niemieckie: Sankt Georg (Święty Jerzy), Fliegender Hirsch (Latający Jeleń) czy Meerweib (Panna Wodna)… Co sprawiło, że wszyscy ci ludzie walczyli i umierali w sprawie zupełnie im obcej, jakiegoś polskiego króla, który akurat wdał się w wojnę ze Szwecją? Przecież tych Holendrów, Niemców czy Szkotów nie powinno zupełnie to obchodzić… Ale obchodziło!

Polska jakoś tak przez większą część swojej historii miała niebywałą zdolność absorpcji innych narodowości – Polakami przecież czuli się właśnie ówcześni gdańszczanie, a mało kto wie, że w ówczesnym Krakowie również częściej było można spotkać Niemca niż Polaka (a w ówczesnym Kazimierzu, który teraz jest dzielnicą krakowską a wówczas był samodzielnym miastem – częściej Żyda). Stefan Batory, który zasiadł na tronie polskim jako drugi król elekcyjny do końca życia nie był w stanie nauczyć się języka polskiego, co wcale nie przeszkadzało mu zostać jednym z najwybitniejszych polskich władców. Jak porozumiewał się więc ze swoimi dworzanami i poddanymi? Otóż wszyscy oni swobodnie mówili po łacinie. Jego poprzednik Henryk Walezy uciekł z Polski ponoć między innymi dlatego, że stwierdził, że w Polsce nijak nie można rządzić – cokolwiek król chciał zrobić zaraz okoniem stawała mu rada królewska, sejm i magnaci i powoływali się na różne prawa i przywileje. Francuz przyzwyczajony do władzy absolutnej jaką znał wówczas z Francji, gdzie najbardziej nawet absurdalne rozkazy królewskie były wykonywane bez szemrania stwierdził, że Królestwem Polskim rządzić się nie da. Jego następca na tronie nie tylko, że udowodnił, że rządzić się da, ale że da się rządzić sprawnie i dobrze. I z tą szlachtą i magnaterią można spokojnie się dogadać i pogonić choćby na kraj świata i tam skopać d… na przykład carowi Iwanowi Groźnemu – akurat wypadło pod Pskowem. Właśnie dogadać się, a nie rozkazać…
I chyba to było tym magnesem przyciągającym nietuzinkowych i zahaczających o geniusz ludzi takich jak wspomniany już na początku przeze mnie Arend Dickmann, który zwyciężył w głośnej w całym ówczesnym świecie bitwie pod Oliwą wprowadzając salwę całoburtową, której Szwedzi wówczas kompletnie nie znali.
Polska w ogóle ma szczęście do wybitnych ludzi obcego pochodzenia. Kolejnym wybitnym królem był Władysław Jagiełło – zwycięzca spod Grunwaldu – akurat Litwin. Zresztą tak uważani za arcypolskich Piastowie genetycznie Polakami wcale nie byli. Nawet jeżeli założymy, że Mieszko I był pełnokrwistym Polakiem to jego syn Bolesław Chrobry Polakiem był tylko w połowie, bo po matce Dąbrówce – w drugiej połowie był już Czechem. Kolejni Piastowie żenili się to z Niemkami to z Rusinkami, to z Dunkami, tak, że ci ostatni krwi w sobie polskiej mieli tyle co nic. Co wcale nie przeszkadzało im czuć się Polakami… Właśnie – to chyba ważne słowo – czuć się. Polakami czuli się też Fryderyk Chopin (po ojcu Francuz, Tadeusz Kościuszko (Rusin – ponoć do końca życia zaciągał i swoje nazwisko wymawiał Kostiuszko), Adam Mickiewicz (sławna fraza Litwo, ojczyzno moja… o czymś jednak świadczy), Józef Piłsudzki (uważający się również za syna ziemi litewskiej)… Kogo się nie wymieni, zaraz można mu się doszukać obcych korzeni i domieszek… Ktoś kiedyś nawet żartobliwie mi stwierdził, że nawet Karol Wojtyła uważany za kwintesencję polskości jako głowa obcego przecież państwa Polakiem być przestał z chwilą objęcia watykańskiego tronu, bo od tego czasu po świecie podróżował nie z polskim paszportem ale z watykańskim.
Nawet generałowie dowodzący polską armią podczas wojny obronnej w 1939 roku nosili w większości arcypolskie nazwiska: Józef Unrug, Juliusz Rómmel, Władysław Anders, Wilhelm Orlik-Rückemann, Franciszek Kleeberg
Oni, albo ich przodkowie, świadomie i z rozmysłem wybrali swoją Ojczyznę. Wybrali Polskę.
No, a teraz coś o mnie (ha, ha… Mickiewicz nie żyje, Słowacki nie żyje… oj, i ja się coś kiepsko czuje…). Moja rodzina też kiedyś właśnie wybrała Polskę. Nie chcę ujawniać z wiadomych względów nazwiska choć kończy się ono na –ski, ale moi przodkowie pochodzą z Księstwa Moskiewskiego skąd musieli uciekać przed prześladowaniami jako ród książęcy na Litwę (wówczas jeszcze niezwiązaną z Polską) – tam jeszcze nawet tytułowali się tytułem wielkoksiążęcym i mogę chyba założyć, że jak cała dynastia Rurykowiczów byli skandynawskiego pochodzenia. Na Litwie chyba też nie najlepiej im się wiodło (chyba ich nie lubili między innymi za ten wielkoksiążęcy tytuł przy dość niewielkim raczej majątku), bo przeprowadzili się dalej na Zachód na ówczesne polsko-litewskie pogranicze czyli na Południowe Podlasie (w Polsce już tytułami po oczach ludzi nie kłuli). I tutaj już zostali do dziś. Wśród przodków mam też Rusinów ze strony matki której ród pochodzi spod podolskiego Stanisławowa, mam też Niemców, Szweda, Francuza (jeden z przodków – uczestnik wojny Napoleońskiej – właśnie Francuzeczkę jako żonę przywiózł sobie do podlaskiego domu), pewnie mam też Żydów (bo jakoś trudno mi uwierzyć, że w kraju w którym ponad 10 procent mieszkańców na co dzień mówiło w jidysz żaden mój przodek nie zakochał się w Żydówce), nie mam za to chyba Węgrów, choć ich bardzo lubię i szanuję… A może mam tylko o tym nie wiem…
Oni wszyscy świadomie wybrali swoją polskość… Może moja rodzina nie zapisała się w polskiej historii jakoś znacząco – nikt z moich przodków nie występuje jako bohater szkolnych podręczników – ale nie mam się czego wstydzić. Żaden z moich dziadów nie zhańbił się zdradą, kolaboracją z zaborcami, okupantami czy czerwoną zarazą jaka panoszyła się w Polsce po II Wojnie Światowej. Kilku moich przodków podpisało się za to pod aktami elekcyjnymi polskich królów jako posłowie z województwa podlaskiego (sam osobiście widziałem podpis jednego z nich w muzeum!), brali udział w powstaniach (o wyprawie napoleońskiej już mówiłem), walczyli też w polskich mundurach podczas II wojny światowej (choć były to mundury szyte samodzielnie, pradziadek podczas wojny zajmował się wysadzaniem pociągów wiozących wojsko i wyposażenie na front wschodni jako żołnierz AK – i zaznaczam nie było to Afrika Korps tylko Armia Krajowa – biorąc udział w czymś, co historycy nazwali później podlaską wojną o szyny). A głównie zajmowali się gospodarowaniem w swoim majątku. I tak zostało do dziś, choć nie jest to już dokładnie to samo miejsce w którym osiedlili się moi przodkowie kiedy przybyli na Podlasie. Z prozaicznego – bądź co bądź – powodu. Pod koniec XIX wieku mój pra- pra- pradziadek majątek ten po prostu przepił.
I jeszcze jedna uwaga, która nasuwa mi się dziś gdy to piszę: kilka dni temu oglądałem w telewizji krótki minireportaż o tym, co dzieje się w polskich ambasadach za naszą wschodnią granicą. O Ukraińcach, Białorusinach czy Rosjanach, którzy chcą przyjechać do Polski i muszą się w polskiej placówce dyplomatycznej upokorzyć i stać w wielogodzinnej kolejce po polską wizę. Zupełnie nie rozumiem tego działania polskich władz… Większość z tych ludzi właśnie chciałaby zostać Polakami, bardzo wielu z tych ludzi ma polskie korzenie (ponoć co najmniej 20 milionów mieszkańców dawnego ZSRR jest polskiego pochodzenia)… Dlaczego Polacy mieszkający w Rosji, w Kazachstanie, na Ukrainie są Polakami drugiej albo trzeciej kategorii? Dlaczego Rosjanie czy Białorusini (nawet ci rdzenni cokolwiek to znaczy) nie mogą dziś po prostu przyjechać nad Wisłę i złożyć podania o polskie obywatelstwo. Dlaczego oni nie mogą wybrać Polski? Podobno najcenniejszym bogactwem każdego kraju są jego obywatele – żywność można kupić, surowce można kupić… nie można kupić ludzi… Ludzie muszą chcieć przyjechać sami. I Rzeczpospolita przyciągała ludzi z całej Europy i dlatego była najpotężniejszym i największym państwem kontynentu. III Rzeczpospolita cieszy się z tego, że jej najzdolniejsi i najbardziej przedsiębiorczy obywatele wyjeżdżają do Niemiec, Wielkiej Brytanii i do Irlandii. A jednocześnie nie pozwala przyjechać pracować i bogacić się Ukraińcom, Białorusinom, Rosjanom, Gruzinom i dziesiątkom innych nacji… Gdzie tutaj sens, gdzie logika…

I dlatego ja właśnie dziś napiszę: Ich bin Pole!

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty