Ból zęba wczoraj rano mi przeszedł. Może nie zupełnie, ale nie jest już źle. Zadzwoniłem więc do Justyny; chyba nie spodziewałem się, że odbierze mój telefon (jakoś tak nie ma w zwyczaju, hmmm…), ale jednak odebrała. Zaproponowałem, żebyśmy się może spotkali. Też bez większej nadziei na realizację. Justyna stwierdziła, że czemu nie i zapytała, czy byśmy gdzieś nie poszli wieczorem. Więc zaproponowałem, że może byśmy pojechali na dyskotekę do K. – i znów o dziwo się zgodziła. Chyba nadchodzi lepszy okres w moim życiu. Umówiliśmy się, że przyjdę po nią pod jej klatkę i puszczę sygnał to ona zejdzie i pojedziemy. Wieczorem nie mogłem się doczekać. Kiedy zeszła – byłem zachwycony. Wyglądała po prostu olśniewająco pięknie. Poszliśmy na autobus i pojechaliśmy do K. Rozmawialiśmy trochę po drodze, ale tak jakoś ogólnie. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Ona jest zachwycająca.
Na miejscu znaleźliśmy na początek wolny stolik (trudno było, przyszło mnóstwo ludzi, jak rzadko). Usieliśmy, zamówiłem nam jakąś gorącą herbatę i kanapki. Przytuliła się do mnie na kanapie i popijaliśmy sobie tę herbatę. Było uroczo romantycznie i strasznie miło. Trochę rozmawialiśmy, kilka razy się pocałowaliśmy… Rozmawialiśmy głównie o szkole – niby są zimowe ferie, ale od tematu trudno uciec. Nadchodzi moment wystawienia ocen na półrocze – nie zapowiada się źle, ale taki coroczny festiwal nigdy nie należy do przyjemności.
Potem poszliśmy tańczyć. Okazało się, że Justyna nawet nieźle tańczy. Lepiej ode mnie, co może nie jest specjalnym wyczynem (ja tańczę tak sobie), ale miło jest znaleźć kolejną zaletę dziewczyny, z którą chciałoby się być, a może się jest. Ciągle jakoś oboje boimy się poruszać tego typu pryncypialne tematy. Wszystko jest trochę w zawieszeniu, trochę na tak, a trochę na nie. Żadnych deklaracji, żadnych zobowiązań, ale i żadnej pewności i poczucia stałości. Może i lepiej jest nie posuwać się o krok dalej, bo za chwilę może się okazać, że będzie trzeba dać dwa kroki wstecz. A to może zaboleć, kiedy się przekroczy pewną granicę. Cóż… Podobało mi się to, jak Justyna tańczy, było to bardzo bardzo zmysłowe i co tutaj dużo mówić – podniecające. A partnerka w tańcu takie coś siłą rzeczy musi zauważyć, szczególnie jeżeli na zmianę są tańce szybsze i wolniejsze. Podczas jednego z tych wolniejszych właśnie Justyna zauważyła, że patrzenie na nią nie jest mi obojętne. Ją to chyba też wzięło. Coś w tym chyba jest, że czasami myśl, że druga osoba jest tobą podniecona podnieca i ciebie. Takie samonapędzające się kółko. Im bardziej to wiesz tym bardziej cię to kręci, a im bardziej cię to kręci tym bardziej ta druga osoba to odczuwa i ją również bardziej to bierze.
Więc i Justyna coraz bardziej się nakręcała. Cały czas podczas wolniejszych kawałków ocierała się o mnie, co rozkręcało mnie jeszcze bardziej. Ale potem nadchodziła szybsza piosenka więc ocierania było mniej i mogłem sobie tylko popatrzeć jak kręci tyłeczkiem i potrząsa biustem. A właściwie w dużej mierze sobie to powyobrażać, bo na Sali było dość ciemno i tylko w przebłyskach światła się widzieliśmy. Poza tymi chwilami odczuwaliśmy siebie tylko dotykiem. Nasze podniecenie więc na zmianę to rosło to malało. Kiedyś ktoś mi opowiadał taki dowcip, że pewna para nowożeńców wybrała się do rabina po porady dotyczące pożycia małżeńskiego i zapytali go czy mogą to robić w ten sposób, że on jest na górze, a ona na dole. Rabin im odpowiedział: a dlaczego by nie? Więc młodzi pytają go czy mogą to robić w ten sposób, że ona jest na górze, a on na dole. Rabin im na to: a czemu by nie? Więc oni go pytają czy mogą to robić na siedząco. Rabin znów im na to: a czemu by nie? Więc pytają się na koniec rabina czy mogą to robić na stojąco. A rabin im na to: Aj, waj! Nie! Nigdy! Nowożeńcy pytają więc go: Rabi, ale dlaczego? Rabin im na to: Bo to by się mogło przerodzić w taniec! Coś w tym jest… bo kiedy znów był wolniejszy kawałek, a Justyna przytulała się i ocierała o mnie to po prostu …nie wytrzymałem. W efekcie musiałem pójść do łazienki. Dobrze, że było ciemno, a ja miałem dość długą koszulę którą mogłem wypuścić na spodnie, bo ta plama nie wyglądała najlepiej. Za to Justynę bardzo to rozbawiło. Potem przez cały czas się ze mnie podśmiewała. Ale co ja mam poradzić na to, że ona tak bardzo na mnie działa?
Trochę jeszcze potem tańczyliśmy, plama jakby trochę przyschła i w ogóle wyglądało to już nieco lepiej. Na koniec poszliśmy jeszcze do baru i wypiliśmy po coli, a potem poszliśmy na przystanek. Trochę zaczął siąpić deszczyk a że akurat na tym przystanku z którego odjeżdżają autobusy nie ma żadnego zadaszenia – zmokliśmy i zmarzliśmy. W ciepłym autobusie było już trochę lepiej – Justyna wtuliła się we mnie. Trochę się nawet całowaliśmy, ale trudno jest się całować w autobusie, który co chwila podskakuje na wyboistej drodze i można co najwyżej wybić sobie zęby. Cóż, to tylko piętnaście minut drogi. Odprowadziłem Justynę na jej klatkę w bloku, tam staliśmy prawie na wycieraczce jej mieszkania kolejne dwadzieścia minut obmacując się i całując. Po paru minutach na szczęście zgasło na klatce schodowej światło więc sąsiedzi nie mieli darmowego pokazu. Zmusiłem się, żeby odesłać dziewczynę do mieszkania, żeby się przebrała i wskoczyła do ciepłego łóżka. Trochę żal się rozstawać w takiej sytuacji, ale nie chciałem, żeby się przeziębiła, bo całe ubrania mieliśmy przemoczone. Na schodach wprawdzie nie było zbyt zimno, ale jednak wcale nie tak ciepło. Justyna chciała mnie nawet zapraszać do domu, żebym się trochę też wysuszył, ale jej to wyperswadowałem. Nie ma co przeciągać struny i drażnić jej rodziców bez potrzeby. Wróciłem więc do domu. Deszczyk na szczęście przestał padać. Po drodze zadzwoniłem jeszcze do Kuby. Nawet jeszcze nie spał. Z Andżeliką nie układa się im najlepiej. Właściwie nawet nie z samą Andżeliką, ale z jej rodzicami – w szczególności z matką, która na krok nie odstępuje córki i robi wszystko, żeby ta nie miała żadnej swobody. Niestety Andżelika z dnia na dzień nie pozbędzie się wieloletnich nawyków i nie wyzwoli się z uzależnienia od rodziny. Kuba chyba bardzo jej imponuje swoją samodzielnością i zaradnością i tym, że ktoś wreszcie ją zauważa i liczy się z jej zdaniem. A mój przyjaciel jak chce to potrafi być bardzo sympatyczny i u[przejmy. A dla Andżeliki chce mu się starać. W ogóle Kuba należy do takich osób, które najbardziej pozytywnie wypadają w kontaktach sam na sam. Kiedy jest więcej osób głupieją i zaczynają kombinować jak koń pod górę. Chyba Andżelika ma na niego dobry wpływ, bo Kuba stał się nieco bardziej kontaktowy. Mam nadzieję, że im się uda, bo chciałbym, żeby mojemu kumplowi też poszczęściło się w życiu, a Andżelika wydaje mi się bardzo miłą i po prostu dobrą dziewczyną. Tylko strasznie zahukaną i zakompleksioną. Ale za to można podziękować tylko jej rodzicom. Coś z tym trzeba będzie zrobić, tylko nie za bardzo wiem co. Kuba trochę stara się robić dobra minę do złej gry i udaje, że wszystko jest ok., ale sam widzę, że nie do końca radzi sobie w tej nowej sytuacji. Chyba trzeba zwołać radę wojenną z Pawłem i coś wymyślić. Tylko co? Zastraszyć jej matkę? To tylko może pogorszyć i tak złą sytuację… Kuba cierpi więc sobie w milczeniu, a ja mam nadzieję, że nie rozchoruję się przez ten deszczyk, bo pioruńsko przez to wszystko zmarzłem.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty