Kilka osób ostatnio zapytało mnie dlaczego permanentnie używam obraźliwego określenia nauczycielstwo zamiast nauczyciele. Otóż to bardzo proste: bo ja nauczycielstwa nie lubię. Lubię nauczycieli, ale żadna z osób uczących w moim liceum nie zasługuje na miano nauczyciela. Jedyną nauczycielką, którą znam, a która potrafi uczyć i robi to chyba dobrze jest pani z prywatnej szkoły językowej z Białej Podlaskiej, która uczy mnie francuskiego. Ona jak najbardziej jest nauczycielką. Ale nauczycielstwo z mojej szkoły – nigdy. Zresztą sami nauczyciele chcą być nazywani nauczycielstwem, bo skoro przynależą do Związku Nauczycielstwa Polskiego, to jak to inaczej określić? Według mnie to zupełnie kuriozalna nazwa: po polsku powinno być chyba jednak Związek Nauczycieli Polskich albo coś w tym stylu. No, ale skoro samo nauczycielstwo chce, to dlaczego ja mam się temu sprzeciwiać?
Ten cały ZNP to również bardzo dla mnie dziwaczna instytucja, której głównym chyba zadaniem i działalnością jest strajkowanie i żądanie coraz to nowych podwyżek. W ogóle nauczycielstwo jakoś tak dziwnie zawsze skręca na lewo, ale czego można się spodziewać po odpadach procesu edukacyjnego – od dawna przecież dla wszystkich jest jasne, że co najmniej 95% osób studiujących pedagogikę i pokrewne kierunki to ludzie, którzy nie dostali się na inne studia, a mieli ambicję zostania magistrem czegokolwiek. Więc pozostawali magistrami pedagogiki. I tacy ludzie teraz się replikują ucząc w szkołach wiedzy, którą sami posiedli w stopniu dalece niewystarczającym. Gdzieś ostatnio wyczytałem, że co światlejsi dyrektorzy szkół dzielą pedagogów w szkołach na trzy kategorie: nauczycielstwo właściwe, nauczycielstwo oraz nauczycieli. I tylko nauczyciele (których, jak szacują dyrektorzy szkół jest nie więcej niż 10-15%) zasługują na podwyżki, które są tak pożądane przez cały ZNP, cała reszta prędzej czy później powinna pożegnać się z zawodem nauczycielskim. Więc dlaczego dyrektorzy ich po prostu nie pozwalniają i nie przyjmą na ich miejsce kogoś o lepszych kwalifikacjach merytorycznych i moralnych? Z prostej przyczyny: bo nie mogą. A dlaczego nie mogą? Bo istnieje coś takiego jak Karta Nauczyciela, którą nauczycielstwo traktuje jak chińscy komuniści Czerwoną Książeczkę Mao. A ta cała Karta Nauczyciela czyni nauczycielstwo niemal nieusuwalnym ze szkół choćby byli to ludzie, którzy nie posiadają żadnych kwalifikacji do wykonywania zawodu. Raz zostajesz nauczycielem – to masz gwarancję pracy do końca życia. Nic nie musisz robić, nie musisz się starać, wystarczy, że przez 20 godzin lekcyjnych tygodniowo poudajesz, że pracujesz. Do tego dochodzą ponad dwa miesiące letnich wakacji, dwa tygodnie zimowych, przerwy świąteczne i różne inne okazje. No, dobrze… o może też trzeba po prostu lepiej płacić tym, którzy się przykładają do swojej pracy (podobno tacy też gdzieniegdzie się zdarzają, ale ja osobiście nie spotkałem – ktoś podobno widział i w telewizji czasami pokazują jakieś zamazane zdjęcia)? Otóż też nie można, bo w szkołach panuje nadal komunizm – wszystkim należy się po równo! I nie ma całkowicie znaczenia, czy ktoś się przykłada i pracuje czy tylko udaje, że coś robi. Obaj dostaną tyle samo. Bo szkoła musi respektować Kartę Nauczyciela. A w karcie wyraźnie stoi: po równo!
Swoją drogą zawsze interesując dla mnie było jak można wycenić pracę nauczycielstwa – no bo przecież uczniowie są różni. Raz trafią się zdolniejsi, raz mniej zdolni. Nie da się… otóż się da. Wystarczy porównać to, co stoi w dzienniku z rzeczywistą wiedzą uczniów. Byłoby z korzyścią dla obu stron. Zarówno dla nauczycielstwa jak i dla ich podopiecznych. Wystarczyłby prosty test wyboru, który sprawdzałby co uczniowie umieją i czego dany nauczyciel albo nauczycielka ich nauczyła. Taki zewnętrzny (podkreślam – zewnętrzny) test z ważnego powodu powinien odbywać się co najmniej raz na miesiąc z każdego przedmiotu. Dlaczego tak często? Przecież to by było bardzo stresujące… Wcale nie byłoby stresujące – stresować mogłoby się wówczas co najwyżej nauczycielstwo. Nawet, jeżeli ktoś z uczniów napisałby fatalnie jeden czy dwa takie testy to nic by się nie działo, bo osiem pozostałych równoważyłoby wynik tych nieudanych. A nauczycielstwo wreszcie byłoby kontrolowane i rozliczane z rzeczywistych efektów swojej pracy. W dzienniku stoi dwójka a z testu jest piątka… hmmm… zastanawiające, a może jest odwrotnie… w dzienniku piątka, a z zewnętrznego testu pała? Tyle, że nauczycielstwo nigdy się nie zgodzi na taki system, bo wykazałby on skalę fuszerki w tym zawodzie. Już wystarczająco stresujący jest dla nich jeden egzamin maturalny i jeden gimnazjalny. Bo jak myślicie: dlaczego to, co na przykład maturzyści napisali na maturze jest takie ściśle tajne i poufne, że po zdanym egzaminie nie mogą uczniowie nawet zobaczyć swojej pracy nie mówiąc już o skserowaniu jej i zabraniu do domu na pamiątkę. Bo taka pamiątka mogłaby trafić tam, gdzie zostałaby być może zupełnie inaczej oceniona. I co? Zonk!
Dobrze…dość tych dywagacji o nauczycielstwie. Chociaż pewnie powinienem jeszcze napisać o tym, dlaczego nauczycielstwo tak chętnie głosuje na postkomunistów. Ale już mi się nie chce i mnie to zaczyna brzydzić. Jak się wybory urządza w chlewie i głosują świnie to trudno się spodziewać, żeby wygrał je orzeł.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty