W ostatni czwartek rano zadzwoniłem do Justyny. Rozmawiało nam się nadspodziewanie dobrze. W gruncie rzeczy o niczym, ale zawsze to miło zamienić kilka słów. Tym bardziej, że z Rozmowy wynikło, że Justyna chętnie by się ze mną tego dnia spotkała. Warunkiem jest wymyślenie przeze mnie jakiegoś miłej możliwości spędzenia wspólnie wolnego czasu. Umówiłem się z nią na siedemnastą. U niej. Miałem pewną koncepcję, ale wymagało to pewnej współpracy ze strony mojego przyjaciela Kuby. Wybrałem się więc do niego. Alternatywą było kino, nasza ulubiona pizzeria i zaproszenie Justyny do mnie, ale na szczęście Kuba znów okazał się wspaniałomyślnym przyjacielem i użyczył mi kluczy do domku letniskowego na wsi.
U Kuby nic nowego. Matka Andżeliki ma o nim takie zdanie jak miała. I ani myśli je zmieniać. Frustrująca sytuacja. Mój kumpel jak zwykle udaje, że jest ok. i podchodzi do całej sprawy z koncepcją: Jakoś to będzie… ale widzę doskonale, ze strasznie go to męczy. Potem na chwilę wpadł jeszcze Paweł i przyniósł kilka sklonowanych płyt. Nie siedzieliśmy obaj już za długo, bo Kuba wybierał się akurat do Lublina do swojej babci. Niech jedzie, może troszeczkę mniej będzie myślał o Andżelice
Teraz pozostała mi sprawa do Justyny. Trzeba był zmienić trochę koncepcję naszego spotkania, bo skoro otrzymałem klucze do domku letniskowego otwierało się kilka nowych możliwości i sporo teraz zależało od tego, jak Justyna będzie w stanie załatwić sprawę ze swoimi rodzicami. A Justyna tymczasem nie odbierała komórki… Już się nawet nieco przestraszyłem, że znowu wpadła w tą swoją fazę, ale po kilku minutach oddzwoniła i powiedziała, że akurat była zajęta, ale już może rozmawiać. Wyłuszczyłem jej sprawę i zapytałem czy widzi jakąś możliwość urwania się z domu na noc. Ewentualnie na cały jutrzejszy dzień. Justyna obiecała wybadać swoich rodziców i oddzwonić. Ja tymczasem wróciłem do domu i zastanawiałem się czy się szykować czy nie. Z moimi rodzicami nie będzie problemu – nauczyli się już, że czasem wybywam na noc do domku z kumplami i że nic się wtedy nie dzieje. Justyna oddzwoniła po niecałej godzinie. Mogła się urwać z domu o osiemnastej. Matce wcisnęła, że idzie do którejś swojej koleżanki. Tyle, że będzie musiała wrócić przed dwunastą w południe następnego dnia. Bardzo mnie to ucieszyło.
Kwestia załatwienia sprawy z moimi rodzicami (akurat z ojcem) pozostała formalnością. Ojciec filozoficznie stwierdził mi tylko na pożegnanie: Tylko nie spalcie całej wsi… i zajął się swoimi sprawami. Wybrałem się trochę wcześniej do miasta i zajrzałem do sklepu – trzeba było zrobić jakieś zakupy, bo jak wynika z mojego doświadczenia nic tak dobrze nie wpływa na udany wieczór z dziewczyną jak miła i smaczna kolacja, a na powtarzanie takich wieczorów – porządne śniadanie. Na szczęście pod sklepem trafił się oswojony menel, który w zamian za puszkę piwa nabył dla nas dwa wina. Trochę się podszkoliłem przy Kubie i rozpoznaje już kilka gatunków. Myślę, że te akurat będą Justynie smakowały…
Punktualnie o osiemnastej zjawiłem się pod klatką w bloku Justyny. Puściłem jej sygnał na telefon. Zeszła po kilku minutach. Do autobusu do M., gdzie znajduje się domek letniskowy Kuby, niestety mieliśmy prawię godzinę. Trochę za dużo, żeby czekać na dworcu autobusowym, a trochę za mało, żeby coś sensownego zrobić albo gdzieś pójść. Poszwendaliśmy się więc po centrum naszej metropolii i pooglądaliśmy sklepowe wystawy. Niestety małe miasteczka mają to do siebie, że większość sklepów tutaj jest zamykana dość wcześnie. Przyznam się, że trochę zmarzliśmy. No, ale nic to… Zapakowaliśmy się w końcu do autobusu, który nas wytrząsł, ale spokojnie dowiózł do M. Jeszcze kilka minut spacerku i jesteśmy na miejscu. Niestety domek ma różne wady i zalety, a główną wadą jest to, że nie da się go szybko ogrzać, a nawet kiedy i to nastąpi po pierwsze niezbyt dobrze trzyma ciepło a po drugie nie jest to aż takie ciepło o który marzą dwie zmarznięte istoty. Zająłem się uruchamianiem aparatury grzewczej i w międzyczasie rozpaleniem w kuchence węglowej. Mogliśmy dzięki temu zrobić sobie na początek gorącej herbaty. To trochę pomogło.
Jak już zapewne wiecie domek ten ma pewną jeszcze jedną zaletę, a mianowicie doskonałą saunę. O ile różne inne elementy wyposażenia domku działają lepiej lub gorzej (a czasami wcale) to sauna zawsze działała bez zarzutu. Justyna jeszcze nigdy nie była w tym domku i nie do końca dowierzała moim zapewnieniom, że zobaczysz, będzie fajnie. W pewnym momencie kiedy zniknąłem w piwniczce gdzie znajduje się piecyk centralnego ogrzewania a kuchenka węglowa nieco przygasła – mina Justynie nawet nieco zrzedła i chyba dziewczyna zastanawiała się nawet czy nie zażądać kategorycznie ode mnie powrotu do domu. Ale kiedy wróciłem i ponownie rozpaliłem w kuchni trochę wrócił jej dobry humor. Sauna miała być niespodzianką i nic mojej przyjaciółce o niej nie mówiłem. Na razie zasugerowałem, że może byśmy coś przekąsili. Justyna łaskawie się zgodziła i zajęliśmy się przygotowywaniem jakiejś ciepłej przekąski. Tą jakąś ciepłą przekąską miały być smażone na patelni tosty z szynką serem i pomidorami. Wyszły naprawdę przyzwoicie. Justyna łakomie zaczęła spoglądać już na butelki z winem, które dojrzała w moim plecaku, ale tajemniczo stwierdziłem, że wino jest na później. Domek ogrzał się o tyle o ile i można było przełączyć ogrzewanie na saunę. Zszedłem do piwniczki, poprzełączałem co trzeba i wróciłem do Justyny, która tymczasem nabrała nastroju nieco bardziej frywolnego. Wypiliśmy jeszcze po jednej herbacie, były jakieś nieśmiałe pocałunki, ale nic specjalnego. W końcu sprawdziłem, że sauna w domku nagrzała się już wystarczająco. No i tutaj nastąpiła kulminacja. Justynie trochę znów tajemniczym głosem zwiastującym niespodziankę powiedziałem: Rozbierz się…I zacząłem się sam rozbierać. Trochę marudziła, że nadal jest zimno i chyba nie do końca tego spodziewała się po wykonaniu polecenia, ale kiedy już oboje byliśmy nago zaprowadziłem ją do sauny. O ile sam domek nie wygląda bardzo zachęcająco to akurat sauna jest prima sort. I Justyna była nią zauroczona. Zapytała tylko: No, dlaczego mi nie powiedziałeś?… Mogłem jej tylko odpowiedzieć, że nie byłoby niespodzianki. Sauna sprawowała się znakomicie. Jak zwykle.
Podobno kiedy jest się w saunie nie wolno pić alkoholu, ale robiliśmy to już z Kubą i z Pawłem kilkakrotnie i nic takiego się nie działo. Może dlatego, że nigdy nie piliśmy dużo, a może to po prostu jakiś przesąd. Otworzyłem wino i rozlaliśmy je do plastikowych kubeczków. Ładnie się schłodziło w tym niedogrzanym domku i przyjaźń z Kubą okazała się po raz nie wiem już który bardzo owocna. Wino było wyśmienite. Pierwszy toast był za nas. Francuskie wina są według mnie mocno przereklamowane, a poza tym za drogie jak na kieszeń ucznia liceum. To wynalezione przez Kubę pochodziło z Mołdawii i poza niską ceną charakteryzowało się bardzo przyzwoitą jakością. Panowie szlachta pięćset lat temu wiedzieli co dobre odpuszczając sobie francuszczyznę w tym zakresie, a do piwniczek sprowadzając produkty z Węgier i Mołdawii. Atmosfera w saunie zrobiła się milutko-wesoła i przesiedzieliśmy z Justyną wewnątrz nad tym winem bardzo ładną chwilkę. Zawartość butelki zniknęła (nie zabrakło w międzyczasie również nieodzownego toastu Na pohybel nauczycielstwu!). Rozmawiało się nam wyśmienicie i to nie tylko w żartach ale również w poważniejszych kwestiach. Chyba się zaczynamy jakoś z Justyną dogadywać. Było toteż trochę pieszczotek i buziaczków, ale jakoś tak leniwie i bez widoków na kontynuację.
W końcu trzeba było wyjść. Domek tym razem nie okazał się przyjazny – było jak na nasze rozgrzane parą nagie ciała – pioruńsko zimno. Weszliśmy pod prysznic, ale okazało się, że woda jest grubo poniżej naszych oczekiwań. Trochę poszczękaliśmy zębami pół na pół ze śmiechu i z zimna. Wskoczyliśmy pod gruby koc i przytuliliśmy się do siebie. Teraz już było lepiej. Od głasku do głasku przeszliśmy do czegoś więcej, było namiętnie i bardzo ogniście, choć dookoła było ciągle bardzo zimno. Pod kocem zrobiło nam się jednak bardziej niż ciepło. Z zapamiętaniem się całowaliśmy i kiedy przyszedł czas na danie upustu nastoletnim podnieconym hormonami zmysłom jakoś udał się przyciągnąć mój plecak bez wychodzenia spod wspólnego koca. Gumki szczęśliwie się znalazły i mogliśmy kontynuować. Na ekwilibrystykę pod w końcu niezbyt dużym kocem jakoś nie mieliśmy ochoty, ale bardzo ładni dopasowaliśmy się na łyżeczkę. Było wspaniale. Dopieszczona wcześniej Justyna bardzo szybko skończyła zaciskając się na mnie. Ja trochę później. Jakoś dziwnie nas to zmęczyło.
W przyciągniętym plecaku czekała druga butelka wina więc bez wychodzenia spod cieplutkiego koca mogliśmy ją otworzyć. Okazało się, że nie mamy w pobliżu kubeczków, a ani mi ani Justynie bardzo nie chciał się wychodzić i wystawiać tyłka na zimno. Skończyło się więc na piciu z gwinta. Wino okazało się okropnie słodkie, ale może to i lepiej, bo znów nam zaczynało robić się zimno. Znów zaczęliśmy się całować, podjadać ciastka z plecaka i znów nas to rozgrzało. Pozycja na łyżeczki okazała się znów niezastąpiona, bo dawała mi dostęp do najbardziej intymnych miejsc ciała Justyny z czego starałem się skrzętnie korzystać. Za drugim razem trwało to już znacznie dłużej. Mogłem ponapawać się więc urokami zakamarków nagiego ciała dziewczyny oraz ją porządnie dopieścić. Całowaliśmy się tak i pieściliśmy przez co najmniej pół godziny aż do szczęśliwego finału. Kiedy to nastąpiło Justyna aż przygryzła mi język, co nie do końca było miłe. Ale co tam… raz się żyje. Przynajmniej wiedziałem, że się jej podobało. Mi tez się podobało.
Zmusiłem się żeby wstać, narzuciłem na plecy kurtkę i pobiegłem porządnie podłożyć pod piecyk centralnego ogrzewania i pod kuchenkę. Pogasiłem światła w domku i znów wskoczyłem w objęcia Justyny. Chyba musieliśmy się nieźle ubzdryngolić tym winem, bo skończyło się na opowiadaniu jakiś strasznych głupot i wspólnym chichraniu się z byle czego. W końcu oboje zasnęliśmy.
Obudziłem się rano pierwszy i postanowiłem zrobić przyjemność Justynie. Trochę się ubrałem i poszedłem rozpalić z powrotem pod kuchnią i w piecyku. Tym razem domek nagrzał się błyskawicznie jak nigdy. Chyba nie uda nam się w życiu rozpracować na jakiej zasadzie to wszystko funkcjonuje. Kilkanaście minut później w domku było już niemal 20 stopni Celsjusza. Niesamowite! Nastawiłem wody na herbatę i postanowiłem zrobić jajecznicę. Skroiłem resztę pomidorów, szynki na patelnię, podsmażyłem to i kiedy już miałem wbijać jajka przyszła obudzona Justyna. Kusząco noga i seksownie rozespana. Trzeba było się nią zająć. Skończyło się na tym, że to ona wbijała jajka na patelnię a ja zajmowałem się jej zakamarkami. W efekcie niedosoliliśmy i niedopieprzyliśmy jajek. Ale jakoś nam to nie przeszkadzało. Zjedliśmy i poszliśmy pod wspólny prysznic z nadzieją na ciepłą wodę. Woda była jednak paskudnie zimna. Mycie odłożyliśmy więc na później, a tymczasem zajęliśmy się sobą. Tak się zajęliśmy, że skończyło się ponownie radosnym kotłowaniem na łóżku przy którym następowały raz po raz popiskiwania w różnej tonacji. Kiedy jest cieplej jest jednak dużo przyjemniej. Podprowadziłem ją do finału, który odbył się bardzo głośno i z bardzo dużą ilością hałasowania. Dobrze, że sąsiedzi mieszkają trochę dalej, bo jeszcze ktoś by się zainteresował. Ja już skończyłem w usłużnych łapkach Justyny. Niestety Justyna wczoraj wieczorem trochę się poobcierała tam na dole. Za dużo namiętności jednorazowo trochę szkodzi.
Ciepłej wody nie było. Zrezygnowaliśmy więc z jakichś generalnych zabiegów higienicznych i zakończyliśmy na myciu zębów i płukaniu ich wodą z czajniczka. Dojedliśmy herbatniki popijając je herbatą. Wiem – bardzo klasycznie, ale już tylko to nam zostało. W końcu wygasiliśmy ogień, pozamykaliśmy wszystko i poszliśmy na autobus. W połowie drogi okazało się, że Justyna zapomniała zabrać z domku swoją komórkę. Trzeba było wracać i w efekcie niemal spóźniliśmy się na powrotny autobus. Autobus na szczęście też się spóźnił i to o ponad dziesięć minut. Na następny trzeba byłoby czekać aż dwie godziny, co oznaczałoby grube spóźnienie. Dojechaliśmy jednak bez problemów do rodzinnego miasteczka, odstawiłem Justynę pod jej blok. Nie obyło się bez namiętnych i pośpiesznych pocałunków. Zaczynam się do tego przyzwyczajać.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty