W piątek wieczorem zadzwoniła do nas moja ciotka z G. No, i skończyło się tak, że moja rodzina postanowiła wybrać się i rozwijać stosunki rodzinno towarzyskie. Wybrałem się w sobotę i ja. Zawsze to jakieś urozmaicenie towarzyskie, a ostatnio jakoś zaniedbywałem rodzinę.
Pojechaliśmy z mamuśką i tatkiem. Po drodze omal nie złapała nas drogówka, ale jakoś udało się tego uniknąć dzięki jakiemuś podpitemu rowerzyście, który akurat napatoczył się w odpowiednim momencie. Dojechaliśmy więc bez większych problemów. Moja ciotka jest z wykształcenia kucharkę – skończyła jakiś czas temu szkołę gastronomiczną. Ale prawdę mówiąc nie gotuje najlepiej. Za to ma pokaźny zbiór książek kucharskich. U mnie w domu jest jedna – jeszcze z czasów mojej babci. Mojej rodzinie jakoś to wystarcza. Chyba moja seniorka ma coś, co się nazywa fantazja kulinarna, bo jakoś upichcenie czegokolwiek ni wymaga u niej sięgania po literaturę fachową. Po prostu wrzuca coś do garnka, zaprawia jakimiś dodatkowymi ingrediencjami i jest ok. Albo nawet bardziej niż ok. Z ciotką tak nie ma. Nawet jeżeli stosuje się ściśle do jakiegoś przepisu zawsze coś nie wyjdzie. Niby da się zjeść, ale nigdy nie jest to to, o co chodziło na początku. To już nawet jej córka Wioleta lepiej gotuje. Chyba po prostu Bozia poszczędziła mojej ciotce tego talentu. Na szczęście ciotka gotuje tylko swojej rodzinie, bo pewnie gdyby prowadziła jakąś stołówkę czy restaurację to nie byłby to lokal pierwszej kategorii. Za to ciotka ma lekkiego fikołka na punkcie książek kucharskich i ma tego w domu kilka półek. I półki te się coraz bardziej rozrastają. Ciotka, wuj oraz moja rodzinka zajęli się więc oplotkowywaniem dalszych i bliższych znajomych, a ja z Wioletą przy wsparciu młodszej Gabrysi zajęliśmy się najpierw wertowaniem ciotczynych publikacji, a następnie zaanektowaliśmy kuchnię przeganiając rodziców i zajęliśmy się pichceniem. Jakoś zawsze nam się dobrze razem gotuje. I tym razem skończyło się na wymyślnym pięciodaniowym obiedzie z deserami. Wprawdzie kuchni wyglądała po tym jak pobojowisko, ale do zmywania zagoniliśmy mojego ciotecznego brata Marcina, który akurat się napatoczył. Po coś w końcu musi się przydać czarna owca w rodzinie. Nie, żeby zmywał sam – potem trochę mu jednak pomogliśmy, ale zachwycony tym nie był. Byłby pewnie zwiał do swoich koleżków, ale na szczęście zainterweniował mój wujaszek: Zjadł? Zjadł! Smakowało? Smakowało! To niech teraz się przysłuży ludzkości… a na koniec zrobi herbaty wszystkim! Herbaty już Marcin nie robił, bo strach było oddać w jego ręce taką skomplikowaną logistycznie czynność. Zrobiliśmy herbatę już my.
Moi rodzice pojechali do domu, a ja zostałem na wywczasach u wujostwa. Do północy oglądaliśmy filmy na DVD (między innymi western Krew za krew – opowieść o tym co zrobić kiedy po zaśnieżonym lesie goni cię banda zbirów, a ty nie masz nawet rewolweru; koniec końców okazało się, że to taki MacGywer na Dzikim Zachodzie, a i przywódca zbirów nie do końca był takim zbirem na jakiego wyglądał na początku).
Następnego dnia pobawiłem się z maluchami – Grześkiem i Dominikiem i wybrałem się z siostrami na spacer. Do domu wróciłem dopiero wczesnym wieczorem. Trochę szkoda, że kończą się ferie. Trzeba wracać do szkoły prosto w gorączkę ocenową na półrocze. Średnia zapowiada mi się całkiem przyzwoita, ale taka atrakcja w postaci wystawiania ocen to żadna przyjemność. Ciekawe kiedy wywiadówka…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty