No, to Andżelika wróciła nam do szkoły. Wybaczcie, że zaczynam taką Szwejkowską frazą ale pasuje mi tutaj jak ulał. Nasza polonistka swego czasu odpytywała pewnego chłopaka z mojej klasy – Michała. Nie pamiętam nawet już z czego. Niezbyt rozgarnięty chłopaczek. Co drugie zdanie zaczynał od no więc… I za każdym razem polonistka, go poprawiała twierdząc, że nie zaczyna się zdania od no. W pewnym momencie mój przyjaciel Kuba będący świeżo po lekturze Przygód dobrego wojaka Szwejka wygłosił zdanie: No, to nam zabili arcyksięcia Ferdynanda… Polonistka dostała białej gorączki. Dlaczego? Odsyłam do książki. Jak zaczniecie czytać to zrozumiecie. Okazuje się, że polonistki też czasami czytają jakieś książki, ale Szwejk to chyba jest lektura w którejś tam klasie więc nie można tego im policzyć. A wracając do meritum. Andżelika pojawiła się w szkole. Porozmawiali sobie z Kubą. Cała klasa jej współczuje. Panowie z mojej klasy próbowali naśmiewać się z dziewczyny, ale Kuba ich wygasił. Myślałem, że nawet któremuś przyłoży, ale skończyło się na kilku słowach. Dobrze, że Andżelika niczego chyba nie słyszała.
Mój przyjaciel dał jej mój stary telefon komórkowy – trzeba się jakoś wspomagać. Nakazał całkowitą dyskrecję w tej kwestii przed jej matką. Chyba do dziewczyny dotarło, że jej życie wcale nie musi wyglądać tak, jak wyglądało dotychczas. Andżelika jest pioruńsko smutna, aż serce się kroi jak się na nią patrzy. Tragedia do sześcianu. Kuba jak zwykle robi dobrą minę do złej gry i udaje, że wszystko jest w najlepszym porządku. Dobrze. Przynajmniej dziewczyna, kiedy na niego spojrzy nie będzie musiała się jeszcze dodatkowo pognębiać i dołować. Bo jak się patrzy na Kubę to bije z niego optymizm i opanowanie sytuacji. Niech bije. Niech dziewczyna ma przynajmniej świadomość, że Kuba jest silny, zwarty i gotowy i jakby co, to się przeciwstawi. Może to ułuda, ale robi dobre wrażenie. Bo nadal nie wiemy co z tym zrobić i jak rozwiązać sprawę. Wszystko pozostaje w permanentnym zawieszeniu.
Lekcje szybko minęły. Miałem wielką ochotę zamienić kilka słów z Andżeliką i powiedzieć jej, że może na nas liczyć. Na wszystkich. Ale nie chciałem zabierać czasu Kubie, bo mają go tyle wspólnego, co w szkole. Kuba chciał odprowadzić dziewczynę do domu, ale przyszła po nią matka. Do szkoły. Czekała na nią po lekcjach. Moja ostatnio chyba czekała w głębokiej podstawówce. A, nie przepraszam… raz jeszcze pod koniec gimnazjum, bo mieliśmy gdzieś zaraz po szkole jechać i trzeba się było pośpieszyć. Więc nie wiem, czy to się liczy. Ciekawe czy przyprowadziła też Andżelikę do szkoły? I czy to tak będzie teraz już zawsze? Czy ta baba nie ma już nic innego do roboty tylko zatruwać życie własnej córce? Co ona przez to chce osiągnąć? Nienawiść własnego dziecka do końca życia?

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty