Szykuje mi się całkiem przyzwoita średnia na półrocze – 4.55. Żadnej trói. Jest nieźle. Chyba zdobyłem sobie w swoim liceum opinię dobrego ucznia i jak tak dalej pójdzie na tej opinii będzie teraz można jechać aż do samej matury. Bo jak do kogoś przylgnie taka łatka to z nią żyje do końca edukacji. Albo i nawet dłużej. Tak przynajmniej wygląda to w naszej szkole. I pewnie w innych szkołach jest tak samo. W moim przypadku w gimnazjum ta teoria się jak najbardziej sprawdzała – nawet jeżeli przychodziłem kompletnie nieprzygotowany na sprawdzian to i tak dostawałem lepszą ocenę za samo nazwisko, chociaż wielokrotnie się zdarzało, że inni pisali sprawdziany lepiej. Tyle, że z nazwiska wynikało im, że lepiej sprawdzianu napisać nie mogli. Więc dostawali oceny słabsze ode mnie. Bo ja już miałem wyrobione nazwisko. A dobre nazwisko to połowa sukcesu w polskiej szkole. Druga połowa to umiejętność wyrażania się wyszukanym i rozbudowanym słownictwem i bogatą oraz zamaszystą frazą. To zawsze działa na nauczycielstwo. Treści może być minimalna ilość – byle zdania ładnie płynęły jedno za drugim. I tak z wypracowania robi się zamiast trzech czy czterech stron – dziesięć. No, a przecież na dziesięciu stronach nie można nalać wody. Ha, ha! Otóż można. Mickiewicz mógł, Słowacki mógł, Sienkiewicz mógł to i ja mogę. Że też to całe nauczycielstwo jeszcze się nie połapało w takich sztuczkach. No, ale co się dziwić? Samo jest niedouczone, zakompleksione i niepewne swojej wartości. To ostatnie zresztą najzupełniej słusznie. Nie spotkałem jeszcze nauczycielki, która miałaby większą wartość intelektualną i moralną niż przeciętna ekspedientka w sklepie spożywczym albo fryzjerka czy kelnerka. Z reguły sklepowa jest albo w stanie zidentyfikować siebie jako niezbyt mądrą i zdaje sobie z tego sprawę – żyje swoim życiem i nie sili się na udawanie kogoś kim nie jest albo, jak trafi się bystrzejsza, potrafi wykrzesać ze swojego rozumu myśl ciekawą i niekiedy nawet odkrywczą. Nauczycielstwo jest w stanie tylko myśli odtwarzać i zawsze przy tym podpiera się nazwiskiem jakiegoś szemranego autorytetu. Te złote myśli nauczycielstwo zgrabnie powtarza i uważa się za Bóg jeden wie jak oświecone. A guzik prawda! Powtarzanie po dziewiętnastowiecznych uczonych w dwudziestym pierwszym wieku z miną wielkiego odkrywcy to zupełna żenada.
Raz, że XIX-wieczni uczeni bardzo często z różnych powodów pletli androny, a dwa, że od tego czasu świat ociupinkę posunął się do przodu. I tylko polskie nauczycielstwo pozostało mentalnie w romantycznym XIX stuleciu. Ot, taka ironia losu… Zastanawiające, że nauczycielstwo uwielbia romantyzm, a nie znosi przy tym pozytywizmu. Jakieś to takie pasujące mi do obrazu polskiej szkoły. Wiara i czucie silniej mówią do mnie niż mędrca szkiełko i oko. Czytaj: zabobon i przesąd mam w większym poważaniu niż doświadczenie i obserwację. Tak, tak… to dlatego wśród nauczycielek w mojej szkole taką karierę robią czasopisma typu Wróżka i Charaktery. No, i jeszcze Głos nauczycielski, ale to zupełnie ten sam sort pisaniny. Karol Marks i Włodzimierz Lenin gdyby dożyli, byliby dumny ze swojego dzieła… Romantyczne uniesienia są jakoś tak bliższe nauczycielstwu czyż solidna i żmudna praca. Lepiej postrajkować w romantycznym porywie serca niż przyłożyć się do pracy i włożyć nieco wysiłku w to, z czego się żyje. I w takim przekonaniu, że się należy wychowywać całe pokolenia młodzieży. Chyba tego właśnie uczono na wieczorowych kursach marksizmu-leninizmu w szkołach dla nauczycielstwa i akurat tę wiedzę nauczycielstwo przyswoiło sobie aż za dobrze.
I takim ludziom powierza się edukację młodych Polek i Polaków…
W moim liceum wisi sobie na ścianie zakurzony napis z tekturowych literek: Szkoła to wielki zbiorowy obowiązek. Obowiązek przez nauczycielstwo permanentnie olewany i ignorowany. A czasami po prostu wyśmiewany. No, bo jak nazwać sytuację w której nauczycielka podczas sprawdzianu czyta sobie Wróżkę?

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty