W piątek po szkole wybraliśmy się z Kubą i Pawłem na spacer po lesie. Trzeba się było trochę przewietrzyć i odsapnąć po tym całym wariactwie. A co do wariactwa – to przecież jeszcze nie koniec… Śniegu już praktycznie wcale nie ma, tylko gdzieniegdzie w jakichś zakamarkach leży trochę jakiegoś zbrylonego lodu. Ptaszki śpiewają i chyba czują już wiosnę. Pozytywnie jest. Powałęsaliśmy się po trochę i porozmawialiśmy – niby na jakieś pozamerytoryczne tematy, ale jednak jakoś każdemu z nas trochę ulżyło. Z Kubą – wiadomo… matka Andżeliki szaleje jak kot na kuracji hormonalnej. Dobrze, że daliśmy dziewczynie telefon komórkowy, bo Kuba nie miałby z Andżeliką praktycznie żadnego kontaktu – tyle, co w szkole na przerwie. Co interesujące – mój przyjaciel będzie miał nieco obniżoną ocenę z zachowania. Niby, żadna nowina, od dawna wiadomo, że jest kompletnie aspołeczny i że potrafi walnąć dowolny tekst dowolnej osobie o dowolnej porze – najczęściej w najmniej odpowiednim momencie. Ale jakoś tak mi się wydaje, że to efekt po pierwsze jego zachowania podczas wycieczki do Zakopanego i odwiedzenia Andżeliki od powrotu z wycieczki a po drugie wszystkich tych brewerii w wykonaniu matki Andżeliki. Kubie akurat na ocenie z zachowania najmniej zależy więc żadnych interwencji nie będzie. Ale ponarzekać zawsze trochę można… Polak jak nie ponarzeka to podobno chory.
U mnie Justyna znów wpadła w ten swój stan pod tytułem udaję, że mnie nie ma i że nic nie wiem. Nie odbiera telefonów, nie odpowiada na SMS-y i udaje, że nic się nie dzieje. Nic z tym nie robię i też udaję, że niczego nie dostrzegam. Jakoś nie za bardzo mam teraz ochotę na jakieś gruntowne przemeblowania. Tylko u Pawła wszystko jakoś jest normalnie – Kasia zachowuje się tak jak wypada się zachowywać dziewczynie – łażą gdzieś razem na jakieś spacerki, przytulają się i przesiadują u siebie nawzajem. Ani jego rodzina ani jej nie widzi w tym nic niewłaściwego. Na szczęście zarówno rodzice Pawła jak i Kasi są normalni. W przeciwieństwie do rodziców Andżeliki. Piszę już rodziców, bo i jej ojciec normalny przecież nie jest. Kto to widział, żeby dorosły facet siedział tak pod pantoflem swojej żony i pozwalał jej na takie zachowanie. Rozumiem, że można mieć takie same poglądy na wychowanie własnych dzieci jak żona – w sumie to nawet jakieś naturalne jest, bo w końcu z jakiegoś powodu ślub wzięli więc muszą mieć jakieś wspólne poglądy – ale siedzenie jak mysz pod miotłą uważam za przejaw skrajnego braku charakteru. Trzeba mieć nieźle narąbane w głowie, żeby przyglądać się bezczynnie na takie zachowanie własnej żony i takie niszczenie własnej córki. Można nie lubić albo nieakceptować znajomych swoich dzieci, ale chyba warto podać jakiś powód tego nieakceptowania. Bo na razie to jest nie bo nie. Jak dzieci w przedszkolu: na złość mamie odmrożę sobie uszy…
Wybraliśmy się też na leśną mogiłę powstańczą w której leżą koledzy mojego pradziadka. Widać, że kilka osób odwiedza jednak czasami to miejsce. To dobrze. Wywaliliśmy jakieś gałęzie i patyki zza ogrodzenia – trzeba się trochę przyczynić do pielęgnowania własnej historii. Gmina jakoś nie za bardzo dba o to miejsce. Za bardzo na uboczu więc żadnym delegacjom i tak się nie zechce tutaj przyjeżdżać. Odkąd pamiętam wójt obiecuje zrobienie porządnego murowanego ogrodzenia dla cmentarzyka, postawienie jakiejś solidnej tablicy z odpowiednim napisem, ale kompletnie nic nie wynika z tego mówienia. Jak było tak jest. Płotek z drewnianych sztachetek, które jeszcze przybijał mój świętej pamięci dziadek jak stał tak stoi. Prawie dwadzieścia lat wolnej Polski, a o miejsce wiecznego spoczynku ludzi, którzy walczyli o wolność Ojczyzny i za nią zginęli nie ma komu zadbać. Wójt jest z PSL-u, większość rady też, ale jakoś tak się dziwnie składa, że tym ludziom zawsze jakoś blisko było do Czerwonej Zarazy a jakoś zawsze daleko do Wolnej Polski.
Jakoś też peeselowcom wcale nie przeszkadza pomniczek utrwalaczy władzy ludowej, który już co najmniej piętnaście lat temu należało zdemontować i wywieźć na jakiś śmietnik historii. Ale naszej kochanej gminnej władzy jakoś niewiele rzeczy przeszkadza. No, chyba, że akurat trwa kampania przedwyborcza – wtedy nagle zaczyna przeszkadzać wszystko. Ale to chyba przywara wszystkich władz, a nie tylko tutejszej – miejscowej.
Wróciliśmy kiedy było już całkiem ciemno. Fajnie się idzie przez ciemny las nocą. Leśne drogi są trochę teraz grząskie. Ziemia już powoli zaczęła rozmarzać więc nie do końca jest tak przyjemnie jakbyśmy tego oczekiwali, ale jest już nadzieja na przyjście wiosny. Miejmy nadzieję, że jak najwcześniejszej tego roku.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty