Ostatnio w moim życiu nic się nie dzieje – kilka ostatnich dni jeden za drugim przepłynęły bez żadnych oznak indywidualności. Jakbym nie patrzył w kalendarz to równie dobrze dziś mógłby być poniedziałek jak środa. Mój przyjaciel Paweł zajęty jest dokumentnie dopieszczaniem Kasi i nic innego nie potrafi go zająć – dziwić się nie dziwię, bo trudno się dziwić zauroczeniu taką dziewczyną. Tyle, że czuję się zaniedbywany… ha! piszę, jakbym był jakąś panną na wydaniu. Cóż – Pawłowi ani Kasi nie żałuję – niech im idzie na zdrowie. Chyba podobają im się te wspólne igraszki, bo jak Pawła w szkolę widuję to wesoły jak pijak, który wpadł do kadzi z wódką. Wyeleganciał się też ostatnio. Dotąd jakoś nie chciało mu się zwracać uwagi na garderobę, a przy Kasi zaczął chodzić codziennie w koszuli, buciki wyczyszczone do połysku (nie żadne tam adidaski jak dotychczas tylko czarne pantofle!), wygląda jak szczur na otwarciu kanału! Kasia też wyładniała przy nim, uśmiech jej z buzi nie schodzi… ech! zakochani!
Kuba swoje zmartwienia z Andżeliką (a głównie z jej matką) przeżywa po swojemu. Czyli nic nie mówi i udaje, że wszystko jest ok. Widzę doskonale, że nie jest, ale nie będę mu się w prywatne życie z butami pakował. Jak będzie potrzebował pomocy, to wiem, że przyjdzie i powie. Albo do mnie, albo do Pawła. I wtedy się zrobi co będzie trzeba. A na razie musi być jak jest, żeby tylko gorzej nie było. Z tego co się domyślam pomiędzy wierszami – dzwonią do siebie nocami (chwalić Pana, matka i ojciec Andżeliki mają twardy sen i nie wykazują ochoty do szwendania się po mieszkaniu po nocy) i na razie tym się zadowalają. Długo tak nie może potrwać i trzeba będzie coś z tym zrobić, ale na razie nikt nie wie co. Dzień w dzień Andżelika jest przyprowadzana do szkoły i odprowadzana z niej do domu przez matkę – niemal za rękę. Wygląda to komicznie, ale nikomu nie jest do śmiechu. Cała klasa dziewczynie współczuje. Nawet moim, pożal się Boże, klasowym kolegom przestało już wydawać się to śmieszne. Andżelika nic nie mówi i znosi to wszystko ze spokojem. Wiem, że się po prostu boi sprzeciwić matce. W czymkolwiek. Nie rozmawiam z nią na przerwach, bo chcę, żeby ona i Kuba mieli dla siebie więcej czasu. Pozwoliłem sobie tylko wysłać jej kilka SMS-ów z zapewnieniami, że cieszy mnie to, że są razem i że jakby potrzebowała jakiejś pomocy to zawsze może na mnie liczyć. Trochę truizmy i banały, ale chyba się ucieszyła.
A i u mnie nic nowego – Justyna nadal zajęta jest sobą i udaje, że nie istnieje. Dostałem wprawdzie od niej kilka wiadomości, ale trochę to wszystko jakieś puste. Kompletnie nie wiem jak to traktować… nawet tak naprawdę nie chcę o tym myśleć. Za bardzo jest to przygnębiające.
Kuba przez kilka ostatnich dni zajmuje się głównie wynajdywaniem sobie zajęć i nie za bardzo ma ochotę kogokolwiek oglądać (Pawłowi zajęcia wymyśla Kasia). Chyba też po to by nie myśleć o Andżelice tak jak ja staram się nie myśleć o Justynie. Od jakiegoś czasu uczy się jidysz – na razie idzie mu to opornie, bo chyba nie ma talentu do języków obcych, ale niewątpliwie zapał z jakim wkuwa żydowski nie pójdzie na marne. W tej chwili jest już w stanie sklecić od biedy jakąś dłuższą wypowiedź. Trudno mi powiedzieć, czy jakiś Żyd by go zrozumiał, bo z żydowskiego szwargotu u mnie tylko aj waj! i ferfał di klaczkies mit di gance pestrojkies! jakoś tam się w głowie zadomowiło, ale nie wątpię, że prędzej czy później się nauczy.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty