W dzienniku Polska The Times (czy już nie dało się wymyślić głupszej nazwy dla tej gazety?) przeczytałem dziś interesujący artykuł o zmianach, jakie Ministerstwo Edukacji Narodowej a Katarzyna Hall w szczególności chcieliby wprowadzić w polskim szkolnictwie:

Uczeń będzie mógł wybrać, czego chce się nauczyć
Magdalena Kula
Sześć zespołów ekspertów rozpoczęło prace nad nowymi podstawami programów nauczania – od przedszkoli aż do matury. Dokument ma być gotowy w pół roku. To pierwsza tak szeroka reforma oświaty od czasu utworzenia gimnazjów i wprowadzenia nowej, ogólnopolskiej matury.
– Nad zmianą programów nauczania pracuje ponad stu ekspertów reprezentujących 20 różnych dziedzin nauki – poinformował wczoraj wiceminister edukacji Zbigniew Marciniak. Na przygotowanie programowej rewolucji rząd wyda około 3 mln zł, pozyskanych od Unii Europejskiej.
W 2012 roku matura będzie więc zapewne łatwiejsza, z egzaminu uważanego za elitarny ostatecznie zamieni się w powszechny i masowy.
Co się zmieni? Szkolne podręczniki zostaną odchudzone, bo wiedzę trzeba dostosować do wieku i możliwości uczniów. To konieczne, ponieważ od 2009 roku do pierwszej klasy pójdą sześciolatki, a nie – jak teraz – siedmiolatki. W konsekwencji w kolejnych klasach uczyć się będą uczniowie młodsi o rok. Maturzyści będą zdawać egzamin dojrzałości w wieku 17-18 lat.
– Trzeba zaprzestać powtarzania tych samych wiadomości w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum – zapowiada też minister oświaty Katarzyna Hall. Dzięki temu uczniowie mają mieć czas na zgłębianie tych dziedzin, które interesują ich najbardziej.
W gimnazjach i liceach uczniowie będą wybierać przedmioty, których chcą się uczyć według rozszerzonego programu. Z pozostałych przedmiotów – jak zapewnia MEN – dostaną solidne podstawy. – Takie przygotowanie w szkole ułatwi maturzyście wybór kierunku studiów, a tym samym także wybór drogi życiowej – przekonuje wiceminister Marciniak.
Zmieni się też matura. Każdy ma zdawać na ogólnym, łatwym poziomie trzy przedmioty: język polski, obcy i matematykę. Od wyników będzie zależało, czy dostanie świadectwo dojrzałości.
Ponadto każdy zmierzy się z przynajmniej jednym przedmiotem na trudniejszym, rozszerzonym poziomie. Ale ten wynik nie będzie mieć wpływu na zdaną lub oblaną maturę. Pomoże za to w dostaniu się na studia. W 2012 roku matura będzie więc zapewne łatwiejsza, z egzaminu uważanego za elitarny ostatecznie zamieni się w powszechny i masowy.

Ja już sie na tę najnowszą maturę nie załapię, ale ogólnie to dobry pomysł. Bardzo podobny system jest choćby w Stanach Zjednoczonych i to już od wielu dziesięcioleci. Tam uczniowie sami decydują o tym co ich interesuje i czego chcieliby się uczyć i to przynosi wymierne efekty. Zamiast wkuwać nielubianą chemię uczą się ulubionej historii a zamiast nielubianej biologii chodzą na fizykę. Nie marnują czasu na coś co ich nie interesuje, a rozwijają swoje zainteresowania. Oczywiście każdy ma obowiązek poznać pewne minimum z każdego przedmiotu, ale jest to rzeczywiście minimum – bo skąd uczniowie mogą wiedzieć czy interesuje ich chemia czy biologi skoro nie byli nigdy na lekcji tych przedmiotów. Nie od dziś wiadomo, że to właśnie Amerykańscy naukowcy dostają najwięcej nagród Nobla i to głównie w naukach ścisłych – o ile pamiętam to mniej więcej połowę wszystkich. Symboliczne stało się już stwierdzenie: Amerykańscy naukowcy stwierdzili, że….
I to dobry kierunek – bo pomimo tego, że przysłowiowy polski uczeń jest średnio trzy razy mądrzejszy od amerykańskiego to z tej mądrości niewiele wynika. Ot, wie jak rozmnażają się dżdżownice albo kto dowodził w bitwie pod Stoczkiem Łukowskim. A czy mu się to w życiu przyda… Hmmm…
Amerykańskie dzieciaki nie zawracają sobie głowy całkowicie zbędną w ich życiu wiedzą i dlatego pomimo tego, że większość z nich nie wie jak nazywał się dowódca spod Gettysburga i że w ogóle tam jakaś bitwa była, to i tak w życiu zakasują każdego polskiego ucznia, który zna daty i fakty, ale nic z nimi nie jest w stanie zrobić.
Już podobno odezwało się jakieś szanowne grono nauczycielstwa i profesorstwa, które z miejsca stwierdziło, że to zły pomysł i że tak jak jest – jest dobrze. Dla was dobrze sklerotyczni nauczyciele i profesorowie, ale nie dla Polski. Bo Polska potrzebuje specjalistów z konkretną wiedzą, a nie omnibusów jednocześnie od rozwoju wiciowców, historii Rosji, chemii nieorganicznej i poezji Słowackiego. Kto jest specjalistą od wszystkiego, jest specjalistą do niczego.

Ha! I to ja, poszedłszy do liceum ogólnokształcącego, napisałem… Wychodzi na to, że trzeba było iść do jakiegoś technikum elektronicznego. Oj, coś czuje, że z tej reformy nic nie będzie a pani minister Hall zaraz straci stanowisko, bo się już naraziła nauczycielstwu. A kto się naraża temu czerwonemu lobby długo na ministerialnym stolcu nie usiedzi.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty