Za dwa dni Dzień ZakochanychWalentynki. Podobno społeczeństwo w kwestii tej nowej świeckiej (napisałem to bez kreseczki nad s a word poprawił na sowieckiej… hmmm…) tradycji dzieli się na trzy grupy: kontestatorów, odwalaczy i wielbicieli. Kontestatorzy wychodzą z założenia, że święto to jest makdonaldyzacją i amerykanizacją narodowej polskiej kultury i Polacy nie powinni tego dnia świętować – zamiast tego proponują inne terminy – na przykład przesilenie letnie i słowiańskie święto Kupały, ale jakoś w poprzednich latach nie widać było, żeby tego dnia świętowali dzień miłości. Według mnie jest to grupa ludzi, którzy są po prostu skąpi i nie mają ochoty wydać na swoją miłość choćby złotówki i dorabiają do tego sknerstwa wymyślną ideologię.
Druga grupa to odwalacze – swojej dziewczynie czy żonie kupią tego dnia kwiatek za trzy złote i złożą jakieś mętne życzenia, byleby tylko odwalić obowiązek. Bo tak wypada. Ani w tym romantyzmu, ani miłości, ani niczego innego… Coś w stylu goździka i rajstop z przydziału na Ósmego Marca w fabryce za czasów słusznie minionych.
Trzecia grupa to wielbiciele: na Walentynki zafundują swojej wybrance serca romantyczną kolację (w restauracji, albo nawet sami coś upichcą, albo zamówią catering i będą wmawiać, że to oni sami – w każdym razie się postarają), kupią jakiś kwiatek albo bukiecik, do tego prezent – mniej zabawny albo bardziej. Coś zrobią – żeby było wyjątkowo. Bo każdy dzień z ukochaną osobą powinien być właśnie wyjątkowy, wspaniały, niesamowity… i każda okazja do pobycia razem, zjedzenia kolacji przy świecach lub pójścia choćby na spacer do parku jest dobra.
Nie jestem zwolennikiem przymusowego czczenia i obchodzenia wszystkich rocznic i jubileuszy w związku, bo według mnie przeradza się to zaraz w obowiązek, ale zawsze warto – właśnie nawet bez okazji – zrobić coś miłego dla drugiej osoby, którą darzymy uczuciem.
W moim gimnazjum funkcjonowało coś takiego jak poczta walentynkowa. W ogólnym założeniu miał to być sposób na przesłanie liściku tego dnia osobom, które się lubi. I zawsze przeradzało się to w rywalizację kto tych liścików dostanie więcej. Coś słyszałem, że i w liceum jest planowana podobna akcja i nie mam wątpliwości, że także będzie to licytacja na najpopularniejszą osobę w klasie i w szkole. Bez sensu.
Wczoraj wymyśliliśmy z Pawłem i Kubą pewną akcję walentynkową, którą zamierzamy przeprowadzić w naszych klasach. Na razie jeszcze nie powiem, co to ma być, bo a nuż-widelec, któraś z dziewczyn z mojej klasy czy z klasy Pawła to czyta i niespodzianki nie będzie. Moi klasowi koledzy wyjątkowo zgodzili się bez marudzenia na tę akcję (organizacja jej wymagała od nich pewnej współpracy… aż się zdziwiłem, że tak łatwo poszło); również w klasie Pawła uzyskaliśmy akceptację i wsparcie. Jutro zamierzamy dokonać ostatecznych przygotowań i w czwartek w Dzień Świętego Walentego uskutecznić nasz pomysł. Mam nadzieję, że się uda… i że będzie hmmm… inaczej niż na co dzień. Bo tak naprawdę to my bardzo lubimy nasze koleżanki i cieszymy się, że są takie sympatyczne, fajne i miłe dla nas. I mamy nadzieję, że nasza niespodzianka Wam się spodoba!…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty