Poszedłem wczoraj wieczorem do Justyny. Zaprosiła mnie jeszcze w niedzielę, ale z nią to nigdy nic nie wiadomo… Kiedy zapukałem do drzwi jej rodziców – zgodnie zresztą z obietnicą – nie było już w domu. Justyna już w progu przywitała mnie namiętnym mokrym całusem i zaprosiła do środka. Nie powiem, żebym nie spodziewał się jakichś dodatkowych atrakcji, ale nie aż takich. Justyna zrobiła nam regularną pyszną kolacyjkę przy świecach i przy romantycznej muzyce. Naprawdę przepyszną! Z założenia jestem wszystkożerny (no, może poza paskudztwami w stylu japońskie sushi albo afrykańskie robactwo…), ale to rzeczywiście było pyszne: kolacja składała się z jakichś frymuśnych zawijanych w podobne do naleśnikowego ciasta i zapiekanych plasterków szynki, do tego jakieś sałatki w których wylegiwały się maleńkie pomidorki, nie zabrakło przy tym wina… rewelacja! Byłem pod wrażeniem! Tym większym, że Justyna ubrała się przy tym w fikuśną króciutką sukieneczkę z rozcięciem aż do samego niemal pasa. Uwielbiam seksowne stroje, a ze wspaniałą figurą i ponętną aparycją Justyny wszystko było bardzo podniecające. Rozmawiało się nam tego wieczora rewelacyjnie, chociaż słowa głównie krążyły wokół różnych wątków erotyczno-intymnych chociaż nic właściwie nie zostało powiedziane wprost.
Koniec końców wylądowaliśmy w wypełnionym pluszowymi misiami i porcelanowymi laleczkami pokoju Justyny na jej łóżku w różowym majtkowym kolorze z pełną obstawą koronek. Podnieceni do granic możliwości zaczęliśmy się bez pamięci całować, co zaraz przerodziło się w dużo bardziej zaawansowane pieszczoty i wówczas odkryłem, że przez cały ten czas Justyna nie miała na sobie żadnej bielizny – ani majteczek, ani biustonosza, ani nic. Tylko czarne samonośnie pończoszki zakończone koronką do tej czarnej króciutkiej sukienki z rozcięciem. Trochę się zdziwiłem i chyba Justyna to moje zdziwienie zauważyła, bo szepnęła mi tylko do ucha: No co? Nie mów, że nie wiedziałeś… Nie wiedziałem, ale to tylko jeszcze bardziej mnie podnieciło. Ją też, bo zaraz to wyczułem pod palcami. Nie mogliśmy już oboje wytrzymać i już bez zbędnych ceregieli przeszliśmy do kolejnego etapu. Tylko gumka i jak to mawia ojciec dyrektor: Alleluja! I do przodu… Nawet nie wiecie, jak trudno jest w takiej chwili założyć gumkę, kiedy ręce trzęsą się z podniecenia. Za pierwszym razem wszystko to było bardzo szybko, bo oboje strasznie się pragnęliśmy a ta cała sytuacja – romantyczna i erotyczna zarazem – ogromnie nas wzięła. Potem było znów po kieliszku wina – bez żadnego toastu, ale z długim i głębokim patrzeniem sobie w oczy. Justyna jest śliczna i ma śliczne oczy o długich rzęsach – nie wiem ile w tym zasługi kosmetyków i umiejętności ich stosowania a ile natury, ale w takich oczach rzeczywiście można utonąć.
Za drugim razem było już dużo wolniej. Właściwie bardzo powoli – z pełną celebracją każdego dotyku, każdego muśnięcia, każdego pocałunku. Chyba było to moje najdłuższe zbliżenie w życiu. Nawet nie spodziewałem się, że to możliwe. Ale z Justyną chyba wszystko jest możliwe… jej ciało zawsze bardzo na mnie działa, jest taka deskowana i ponętna jak nikt inny. Właściwie mógłbym to chyba robić z nią na okrągło… Na koniec trochę się zapomnieliśmy i Justyna, kiedy dochodziła, narobiła sporo hałasu. Uwielbiam jej słuchać, kiedy jest jej dobrze. Działa to na mnie jeszcze bardziej podniecająco niż wszystko inne. Może to jakiś atawistyczny samczy hedonizm, który sprawia, że działa na mnie to, że potrafię doprowadzić ją do rozkoszy; sprawić, że krzyczy z zadowolenia; że jest jej wspaniale i że to ja tego dokonałem?… Przy okazji omal nie strąciliśmy i nie zbiliśmy jednej z lalek stojących na nocnej szafce przy łóżku, ale porcelana okazała się twardsza i mocniejsza niż można było przypuszczać. Zawsze miałem ochotę ją zapytać dlaczego trzyma to wszystko w swoim pokoju – nie mówię, że wygląda to źle, każdy ma przecież prawo do hobby, choćby miałoby to być kolekcjonowanie lalek i misiów – ale pokój Justyny wygląda jak sypialnia dziesięciolatki, a nie prawie-że dorosłej dziewczyny. Ale jakoś nie mogę się zebrać z tym pytaniem… więc nie wiem czy to pozostałość po szczęśliwym dzieciństwie z którą trudno się rozstać czy coś innego.
Okazało się, że strasznie zamarudziliśmy z tym celebrowaniem naszego spotkania i zostałem przez Justynę niemal wypchnięty za drzwi. Jej rodzice mogli wrócić w każdej chwili, a Justyna nic chciała, żeby mnie tutaj teraz widzieli. Ledwie zdążyłem się ubrać, a kurtkę nakładałem już na klatce schodowej. Skończyło się na tym, że dostałem jeszcze jednego mokrego i kleistego buziaka z języczkiem (kurcze, jaki ona ma języczek…) i znalazłem się za drzwiami jej mieszkania. Czy to aż takie straszne, że rodzice zobaczą kolegę swojej córki w jej mieszkaniu pijącego grzecznie na kanapie herbatę? No, bo przecież pomógłbym jej posprzątać po naszej wspólnej kolacji i byłoby o połowę szybciej. Frustrujący związek… nie, żeby mi się te nasze spotkania nie podobały, ale… to wszystko jest trochę za dziwne jak dla mnie.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty