Tak jak obiecałem będzie dziś coś z życia osobistego, ale nie do końca…
Wczoraj wieczorem wybrałem się do mojego przyjaciela Pawła – spotkaliśmy się w szpitalu, bo obaj wieczorem zajrzeliśmy do Andżeliki. Tam nic nowego. Kuba właściwie zamieszkał już na oddziale i dogląda dziewczynę, ona jest wpatrzona w niego jak w obrazek, pielęgniarki też patrzą na Kubę jak urzeczone i chłopak owinął je sobie wokół palca. Prawie idylla… Gdyby nie okoliczności można by było pomyśleć, że to jakiś rajski obrazek. No, ale tak rajsko nie jest. Andżelika czuje się podobno już znośnie, ale bladziutka jest jak ściana i co tu dużo mówić słaba jak kocię – cały czas jedzie na jakichś środkach przeciwbólowych, a mimo to niewiele to pomaga. Przez większą część czasu śpi. To znaczy śpi do popołudnia dopóki Kuba nie przyjdzie do niej ze szkoły, a potem walczy nieskutecznie z sennością. Mój przyjaciel był tam u niej nawet dziś rano, ale nie chciał dziewczyny budzić i tylko jej zostawił liścik. Urocze. Nawet ciecia szpitalnego na stróżówce w szpitalu zwerbował i jak tylko w bramie pojawia się matka albo ojciec dziewczyny to Kuba natychmiast znika u pielęgniarek w gabinecie, gdzie te skaczą wokół niego jakby t jakiś cud był. Kuba rzeczywiście to fajny chłopak, ale nie aż tak. Biedne… nie znały go zanim on zaprzyjaźnił się z Andżeliką.
Na szczęście rodzice Andżeliki pokazują się najwyżej na moment raz dziennie. To już częściej przychodzi jej ciotka, a matka Agnieszki. Ale ona jest w porządku i wczoraj chyba nawet Kubie jakiś obiad przyniosła.
W szpitalu było też kilka dziewczyn z naszej klasy i – uwaga! – przyszła nasza bibliotekarka szkolna Pani Ela czyli oswojona część ciała pedagogicznego naszego liceum. Przyniosła Andżelice czekoladki, ale i tak wiadomo, że czekoladki to spałaszuje Kuba, bo na razie lekarze karmią dziewczynę głównie kroplówką i jakimiś kleikami-kaszkami-ryzikami… Zaglądamy do nich do szpitala codziennie z Pawłem, ale nie chcemy za długo im tam przeszkadzać. Andżelikę na razie bardzo męczą te wizyty… ha, tylko Kuba jej nie męczy, ale to akurat zrozumiałe.
Więc wczoraj z Pawłem poszliśmy jeszcze wieczorem do niego pogadać. Ale obaj jakoś najpierw na rozmowy ochoty nie mieliśmy.Przygnębia nas ta atmosfera szpitala… Obejrzeliśmy za to film Jestem legendą z Willem Smithem i jakoś to nas wojowniczo nastawiło. Film, co tu dużo mówić był głupi. Fabuła streszcza się do tego, że Will Smith jako Robert Neville gra wojskowego naukowca odpornego na tajemniczą zarazę, która zabiła większość ludzi, a pozostałych zamieniła w morderczych i unikających światła słonecznego zombi. Główny bohater od trzech lat mieszka samotnie w opustoszałym i wymarłym Nowym Jorku. Jak większość hollywoodzkich produkcji i ta jest zrealizowana bardzo starannie i profesjonalnie. Ale to wszystko, co można zapisać na plus temu filmowi. Aktorstwo jest przyzwoite (choć w niedawno przeze mnie oglądanym innych filmie z udziałem Willa Smitha zagrał on lepiej samotnego ojca, który postanowił zostać giełdowym maklerem), ale scenariusz – tragicznie płaski i prosty jak konstrukcja cepa.
Jako, ze obecnie znowu rozlega się ten sam krzyk przeciwko chociażby badaniom genetycznym to i w tym filmie zaraza wydostała się z laboratorium poczciwego naukowca o dobrych chęciach. Więc skoro już wiadomo, kto odpowiada za katastrofę i zagładę ludzkości – film przedstawia alternatywne źródło wiedzy. A tym źródłem alternatywnym jest… kto zgadnie? Tak, religia! Brawo.
Przez cały film pojawiają się różne aluzje do religii, a to gdzieś w tle mignie plakat z napisem: Bóg nadal nas kocha!, a to jakiś krzyż, a to coś jeszcze… A potem jest już tylko gorzej: objawienia, proroctwa, brakuje tylko archaniołów ze świetlistymi mieczami… Głos Anny (kobiety, którą główny bohater musi uratować i dla której poświęca swoje życie niczym Jezus) zza ekranu oznajmia nam, że lekarstwo Roberta Neville’a dało ludzkości jeszcze jedna ostatnią szansę i on teraz przechodzi właśnie do legendy. Przesłaniem filmu staje się więc fakt, że wiedza naukowa i rozum są bardzo niebezpieczne. A jedyną sensowną alternatywą jest wiara i religia. Wymowa tego filmu jest zdumiewająco jednoznaczna, a widok kościoła tuż przed końcowymi napisami tak nachalna, że a ż żenująca. O ile filmy Mela Gibsona takie jak Pasja czy Apocalipto nie przeciwstawiały religii i nauki, a jedynie jedną wiarę drugiej, albo brak wiary i wiarę to przeciwstawienie nauki i religii w Jestem legendą jest śmieszne i straszne zarazem. Prostoduszny naukowiec, który stworzył zarazę jest tutaj postacią skrajnie negatywną wbrew własnej woli. I wbrew racjonalnym przesłankom. Ciekaw ilu spośród twórców tego filmu zawdzięcza to, że w ogóle jeszcze żyje właśnie badaniom naukowym, nowoczesnej medycynie i otrzymywanym w laboratoriach lekarstwom. A raczej ilu z nich jeszcze z tego nie skorzystało… bo, że skorzystają – to pewne. Cały ten film to nachalna promocja wiary i religii pokazanej jako wybawienie od nauki, wiedzy i technologii. Znów czucie i wiara silniej mówią do mnie niż mędrca szkiełko i oko… Zabobon i przesąd górą!
Zarówno ja, jak i Paweł, stwierdziliśmy, że ten film jest totalnym nieporozumieniem i powinien zostać zaklasyfikowany jako co najwyżej przepłacony tani horror. Ponoć w USA jest taka wytwórnia filmowa, która kręci niskobudżetowe thrillery i horrory o tytułach łudząco podobnych do filmów hollywoodzkich, które są przed premierą szeroko reklamowane w mediach. I wypuszcza je tuż przed wejściem na ekrany kin tych superprodukcji jako płyty DVD. Podobno zapewnia to sprzedaż tych filmów na poziomie ośmio- albo i dziesięciokrotnie wyższej niż takich samych horrorów i thrillerów bez wsparcia marketingowego tego typu.

A tak w ogóle to umówiłem się na dziś wieczór na podwójną randkę: ja z Justyną i Paweł ze swoją Kasią. Na początek idziemy do naszej pizzerii, a potem jeszcze nie wiadomo. Bo to, w zależności od humorów i nastroju, będzie do ustalenia. Zobaczymy na co nasze dziewczyny będą miały ochotę…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty