Poszliśmy wczoraj we czworo (tzn. ja, mój przyjaciel Paweł oraz Justyna i Kasia) do naszej ulubionej pizzeri. Taka podwójna randka. Chociaż słówka randka nikt z nas nie użył. Justyna oczywiście nadal oficjalnie ze mną nie jest i publicznie traktowała mnie i traktuje po prostu jak kolegę. I tyle. Nie sądzę, żeby ktoś w mojej klasie jeszcze nie podejrzewał jakiegoś związku pomiędzy nami, ale nikt głośno niczego nie mówi. A szczególnie już Justyna. W szkole najczęściej taktuje mnie jak powietrze – no, chyba, ze chodzi o jakąś współpracę podczas kartkówek albo sprawdzianów. Wtedy wszystko jest jak najlepiej. Ale poza tym – nawet ze mną nie rozmawia. Trochę się zdziwiłem, że zaproponowała mi to spotkanie. Bo to w sumie ona zaczęła. I wtedy w okolicy pojawił się Paweł ze słowami na ustach: O! Idziecie dzisiaj na pizzę? My z Kasią też idziemy. To się tam spotkamy… I co mieliśmy mu zaprzeczać i mówić, że nie, nigdzie nie idziemy. Tym bardziej, że zaraz gdzieś się zabrał i tyle go widzieliśmy. W końcu to też mój przyjaciel…
No więc umówiliśmy się na pizzę we czworo. Dziewczyny nawet się nie spóźniły, chociaż już się prawie zakładaliśmy czy przyjdą na czas. Przyszły. Przez pół godziny nie mogliśmy się zdecydować, co chcemy zamówić co nie najlepiej wróżyło dalszemu przebiegowi spotkania, ale potem jakoś się wszystko wygładziło i dziewczyny się ze sobą oswoiły. Zrobiło się całkiem sympatycznie. Kiedy zamówienie wjechało na stolik było już zupełnie dobrze. Atmosfera się rozpogodziła i zabraliśmy się do jedzenia. Właściwie to wszystko kręciło się wokół tego, ze nie możemy doczekać się już wiosny i lata. Pogoda ostatnio w naszej okolicy jest paskudna. Zimno, zacina jakimś roztopionym śniegiem i marznącym deszczem, wieje jakaś zimnica od wschodu – ogólne paskudztwo… I wszyscy tego mamy generalnie dość. O pogodzie zawsze można coś powiedzieć, Anglicy to zupełnie niegłupi naród, że wymyślili takie small-talk. Potem trochę opowiadaliśmy sobie jakieś przygody z minionych wakacji. Okazało się, że Justyna pół roku temu była przez dwa tygodnie w Barcelonie i opowiadała nam jakieś plażowe historyjki znad morza Śródziemnego. Między innymi o tym jak uciekały z jeszcze jedną dziewczyną przed jakimiś Arabami przez miasto do hotelu w samych strojach kąpielowych. Z tymi Arabami jest coś chyba nie tak… Z kim nie rozmawiam, to słyszę jakieś historie o tym, że przed nimi uciekał. Naród zboczeńców…
W pizzeri przesiedzieliśmy grubo ponad dwie godziny. Czas jakoś tak niepostrzeżenie nam zleciał i to w bardzo miłej atmosferze. Pomyśleliśmy o tym, że mamy ochotę na spacer. Tym bardziej, że pogoda się trochę poprawiła. Nie przestało być zimno, ale przynajmniej już nie spadało żadne paskudztwo z nieba. Więc wybraliśmy się na spacer. Justyna jakoś tak odruchowo się do mnie przytuliła, Kasia do Pawła. Zrobiło się jakoś tak romantycznie i intymnie. Sam miód… Gwiazdy świeciły sobie na niebie, bo chmury gdzieś rozwiało i pokazało się czyściutki czarny poprzetykany błyszczącymi punkcikami atłas. Paweł ujawnił się jako domorosły astronom i zaczął coś opowiadać dziewczynom o tym, które ich znaki zodiaku gdzie są na niebie. Dzięki temu dowiedziałem się kiedy Justyna ma urodziny (28 maja – równe dziesięć dni po moich). W końcu wszyscy trochę zmarzliśmy, ale jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że mielibyśmy pójść ot tak sobie do domu. Więc całe to towarzystwo zaprosiłem do siebie. Po dziesięciu-piętnastu minutach byliśmy na miejscu. Wpuściłem Pawła i dziewczęta do siebie na górę, a sam poszedłem do kuchni. Na takie okazje przezornie trzymam spory worek biszkoptów więc zabrałem ciastka i zaserwowałem towarzystwu. Paweł jak się okazało na górze pełnił honory domu, zwiedział się już, że zaopatrzyłem się w elektryczny czajnik do swojego pokoju i robił już nam wszystkim herbatę. Zaraz zapaliliśmy kilka świeczuszek, zgasiliśmy górne światło i przy biszkoptach i gorącej herbacie wtuleni w siebie słuchaliśmy muzyki. Pełny romantyzm.
Oczywiście na samym przytulaniu się nie skończyło. Były całuski i inne podobne atrakcje. Uwielbiam się przytulać z Justyną
Cóż, nic nie może wiecznie trwać… Wkrótce trzeba było odprowadzić dziewczyny i się z nimi pożegnać. Do domu wróciłem przed północą – w sam raz żeby się jeszcze wyspać, bo następnego dnia miałem klasówkę z geografii. Poszło chyba nieźle. Justyna też wyglądała na zadowoloną z moich podpowiedzi…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty