Jak pewnie każdy, tak i ja, mam sąsiadów. Jedni są sympatyczniejsi – inni mniej – ale ogólnie nie mogę narzekać. Da się żyć. Poza jednym wyjątkiem… po drugiej stronie ulicy prawie na wprost mnie mieszka człowiek zwany przez wszystkich w okolicy Pająkiem. Trudno określić skąd się takie przezwisko wzięło, ale to sąsiad z piekła rodem. Mieszka w zbitej z desek szopce trochę większej od przeciętnej psiej budy pomimo tego, że na jego działce stoi duży murowany dom. Ten jest zamknięty na głucho, z oknami zabitymi deskami i papą – stoi i niszczeje. A Pająk mieszka w swojej szopce. Utrzymuje się głównie z jakiejś wyłudzonej renty inwalidzkiej chociaż to chłopisko zdrowe jak dąb. Pomimo niemal pięćdziesięciu lat ma siły więcej niż przeciętny dwudziestolatek pakujący codziennie na siłowni. Pracować nigdy i nigdzie nie pracował i nie pracuje. Za to dużo czyta. Cała jego szopka zawalona jest książkami – głownie o tematyce maryjnej, choć nie brakuje publikacji na temat Jana Pawła II oraz dotyczącej świętych pańskich ze szczególnym uwzględnieniem świętych z Polski. To wszystko jest okraszone książkami historycznymi i innymi od Sasa do Lasa. A Pająk to codziennie pracowicie studiuje przy maleńkiej żaróweczce zwisającej na nagim kablu z sufitu. W jego szopce jest dość ciemno, bo jedyne okienko jest tak brudne, że z zewnątrz trudno je odróżnić od reszty konstrukcji budowli obitej jakimiś kawałkami płyt paździerzowych, sklejek i blach oraz wszystkiego innego rodzaju materiałów mniej lub bardziej budowlanych. Człowiek ten w bezpośrednich kontaktach jest raczej sympatyczny, choć mówi dość specyficznym żargonem łączącym w sobie współczesny język polski z sienkiewiczowską staropolszczyzną, mszalną łaciną, gwarą podlaską i własną terminologią opartą na dowolnych źródłach jakie akurat przyjdą mu do głowy. Czasami da się go nawet zrozumieć.
Tyle, że człowiek ten niekiedy zapała do jakiejś osoby taką niechęcią, że potrafi całymi godzinami stać na ulicy i wygłaszać w tym swoim języku długie tyrady na temat tego, gdzie trafi ów człowiek (oczywiście do piekła) i co się z nim tam stanie (oczywiście będzie się smażył w ogniu piekielnym). Źródłem tych wszystkich wystąpień są …objawienia Matki Boskiej, bo jak twierdzi sam Pająk to właśnie Przenajświętsza Panienka podpowiada mu, co ma mówić, kiedy i o kim. No, i akurat takie objawienie miało miejsce wczoraj w godzinach wieczornych, co było o tyle niezwykłe, że dotychczas Pająk objawień doznawał w godzinach przedpołudniowych.
Oczywiście zaraz została wezwana policja i lekarze z pogotowia, ale oni wszyscy razem mogli się wyłącznie tylko poprzyglądać całemu temu widowisku. Właściwie za każdym razem przyjeżdżają i za każdym razem nic z tego nie wynika. Bo Pająk konkretnie nic złego nie robi: ot, stoi i mówi o tym, że doznał objawienia. Nie zakłóca ruchu ulicznego, bo stoi na chodniku, nikogo nie zaczepia, bo bardziej mówi w przestrzeń i całkowicie nie przeszkadza mu brak publiczności, od lekarzy ma cały plik zaświadczeń, że jest całkowicie zdrowy na umyśle, bo zdobył takowe zaświadczenia kiedy jeszcze lekarze mieli ochotę zabierać go na badania psychiatryczne… Nie jest agresywny, nie przeklina (choć kto go tam wie i rozumie do końca… przynajmniej policjanci nigdy nie byli w stanie niczego takiego mu udowodnić). Ot, stoi i mówi swoje kazanie o potrzebie nawrócenia, modlitwy, ekspiacji za grzechy i przetyka to cytatami z psalmów po łacinie. Głos ma donośny, że słychać go doskonale w promieniu kilkudziesięciu metrów więc jego grzeszna ofiara, która przebywa akurat w obejściu doskonale wie, że o niej mowa – to jednak nigdy też nie jest powiedziane wprost, ale za pomocą aluzji i biblijnych odniesień.
Parę razy był przy tym nawet ksiądz z miejscowej parafii, ale stwierdził w końcu, że cała sprawa to właściwie go nie dotyczy, obrazy Bożej tu nie ma, bo Pająk mówi jak najbardziej doktrynalne i prawomyślne według Kościoła Katolickiego rzeczy, a objawienie może mieć przecież każdy. Pomodlił się, pokropił święconą wodą wokoło, co sam Pająk przyjął z wyraźnym zadowoleniem zamaszyście przeżegnawszy się kilkukrotnie, wsiadł do samochodu i zabrał się na plebanię. Tym razem księdza jednak nie było, przyjechała jak zwykle dwuosobowa mieszana żeńsko-męska dzielna drużyna z policji oraz lekarz z pogotowia (ale nawet już bez karetki, bo już nawet pogotowiu nie chce się przyjeżdżać do Pająka). Spisali oficjalne zeznanie, Pająka poprosili o dowód osobisty, który ten im wręczył nie przerywając kazania i postawszy z pół godziny zabrali się z powrotem na komisariat. Lekarz nie zabawił nawet pięciu minut.
Sam Pająk swoje wystąpienie uznał za zakończone kilka minut po dziewiątej wieczorem (bitych pięć godzin!) i zabrał się do swojej szopki jak zwykle nikomu się z niczego nie tłumacząc.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty