Przedwczoraj wieczorem około godziny 21.35 ulicą Puławską w Warszawie, jedną z głównych ulic stolicy, pędziło nowiutkie czteroletnie, sportowe, czerwone ferrari 360 modena. Za kierownicą siedział Maciej Zientarski, syn Włodzimierza Zientarskiego, dziennikarz zajmujący się motoryzacją znany też z udziału w akcji Stop wariatom drogowym. Obok niego, na fotelu pasażera inny dziennikarz motoryzacyjny piszący dla Super Expressu – Jarosław Zabiega. Świadkowie zdarzenia mówią, że ferrari jechało nawet ponad 200 kilometrów na godzinę w miejscu, gdzie było ograniczenie do pięćdziesięciu.
Tuż przed wjazdem pod estakadę, wiodącą w stronę Ursynowa, auto gwałtownie wyskoczyło w górę na garbie, biegnącym w poprzek jezdni. Kierowca, Maciej Zientarski, próbował zapanować nad autem. Ale całkowicie bezskutecznie. Ferrari przejechało przez wysoki krawężnik, wjechało na pas zieleni i ogromnym impetem wbiło się w betonowy filar estakady. Auto rozpadło się na dwie części. Kierowcę przed śmiercią uratował fakt, ze jechał bez zapiętych pasów bezpieczeństwa, pasażer nie mógł ich odpiąć i wydostać się z auta. Samochód chwilę później stanął w ogniu i wybuchł w nim zbiornik z paliwem. Po kilkunastu minutach został tylko wypalony wrak.
Właśnie: jakim kretynem trzeba być, żeby jeździć po mieście ponad 200 kilometrów na godzinę? Stop wariatom drogowym… Interesujące, czy Maciej Zientarski trafi ze szpitala prosto do więzienia za morderstwo czy tak jak choćby Otylia Jędrzejczak albo Robert Janson wykręci się sianem?

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty