Na blogu RenifeR znalazłem taki oto cytat (nie wiem, niestety, z czego a raczej z kogo, ale to chyba nie jest takie ważne):

“Dobro i zło to dwie, podstawowe dla człowieka wartości, które od wieków wyznaczają granice ludzkiej moralności. Według przekazów biblijnych na początku istniały tylko: dobro, harmonia z naturą i błoga nieświadomość bytu. Dopiero kiedy Ewa, za namową węża, skosztowała zakazanego przez Boga owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła, oraz poczęstowania nim Adama, idylla prysła. A zatem w kręgu kultury chrześcijańskiej to kobieta jest nośnikiem zła. Lecz czy możliwe było powstanie jakiejkolwiek etyki, gdyby Ewa nie przyjęła od węża zakazanego owocu? Innymi słowy: czy obecność dobra i zła na ziemi nie jest niezbywalna, choćby dlatego, że pomaga nam wyróżnić i oddzielić od siebie obie te wartości? Czym byłoby dobro, gdyby Ewa nie dała się skusić? Po prostu – naturalnym stanem rzeczy, takim, jak każdy inny.”

Mam ostatnio bardzo antyfilozoficzny nastrój, być może jest to spowodowane chorobą i męczącą mnie od czasu do czasu gorączką, a może to taki stan permanentny – i nieodwracalny… W każdym razie zastanawiam się czy takie pojęcia jak zło i dobro w ogóle mają sens. Bo jak mówimy, że jakiś człowiek jest dobry albo zły to co to właściwie oznacza? Że go lubimy, że go szanujemy? Podziwiamy? Czy może, że podejrzewamy, że po wrzuceniu na patelnię smakowałby nam? No, dobra nie będę zapędzał się w ekwilibrystykę słowną i mataczeniem w kontekstach znaczeniowych…
Czy kot jest dobry? Nawet jeżeli morduje mysz? A może jednak jest skoro mysz niszczy ziarno? Zawsze kiedy mówimy o czymś, że jest coś jest dobre albo złe mówimy to w określonym kontekście. Że jest dobre albo złe dla kogoś… dla nas… dla ludzi… dla kotów… dla myszy… Bo samo dobro i zło chyba po prostu nie istnieją i są wyłącznie tworami językowymi całkowicie niemającymi pokrycia w rzeczywistości. Po prostu nie ma czegoś takiego i dlatego etycy, teologowie i myśliciele nie mówiąc już o filozofach mają taki kłopot z odpowiedzią na pytania: Czym jest dobro? i Czym jest zło? Najczęściej dorabiają do tego jakieś mętne wywody wplątując do tego siły niebieskie, albo odpowiadają, że zło jest brakiem dobra, albo że dobro jest brakiem zła. A mnie takie tautologiczne tłumaczenia śmieszą, bo poważny człowiek mówiący z jeszcze poważniejszą miną takie zdanie jako mądrość objawioną jest zarówno śmieszny jak i żenujący. To już lepiej jak prof. Hanna Świda-Zięba mogliby na każde zadane pytanie odpowiadać z równie mądrą miną: Nie wiem… i też mogliby uchodzić za tytanów intelektu.
Dobro i zło to tylko słowa wymyślone na prozaiczny użytek powiedzenia, że coś mi się podoba albo mi się nie podoba bez wdawania się w szczegóły tego stanu rzeczy. I dopiero filozofowie, etycy i teologowie dorobili do tego niesamowity bagaż dyrdymałów, które kupy się nie trzymają. Dla kotów zjadanie myszy jest dobre, bo zapewne każdy kot uważa, że mysie mięso jest bardzo smaczne i pożywne. Dla myszy gryzienie ziarna jest dobre, bo ziarno to mysi przysmak. Dla ludzi myszy są złe, bo niszczą zbiory, a koty dobre, bo tępią myszy. Dobro i zło zawsze występuje w jakimś kontekście – konkretnym i bardzo namacalnym. Problemy zaczynają się dopiero wtedy, gdy ktoś te prozaiczne pojęcia wartościujące próbuje egzemplifikować i personifikować. Bo ani dobro wcielone ani zło wcielone zwyczajnie nie istnieją. Może i byśmy chcieli jako ludzie je widzieć, bo miło jest myśleć, że jakieś dobro wcielone nami się zajmuje, a i mieć na kogo (zło wcielone) zwalić odpowiedzialność, gdy coś jest nie tak, ale to wszystko tylko łudzenie się i samooszukiwanie. Stawić czoła rzeczywistości i zmierzyć się ze światem bardzo wielu ludziom jest niezwykle trudno…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty