Zdumiewa mnie ostatnio jakość polskiej medycyny. Szczególnie, ze mam z nią ostatnio dużo do czynienia. Najpierw Andżelika trafiła do szpitala z powodu wypadku samochodowego, a teraz ja się rozchorowałem. Najpierw miało to być zwyczajne przeziębienie – czyli norma, która każdemu człowiekowi przytrafia się tak raz w roku i nie jest specjalnym powodem do przejmowania się, a raczej wymówką, żeby spokojnie sobie poleżeć w łóżku i nie iść do szkoły (albo pracy w przypadku osób dorosłych). I tak było ze mną. Do czasu. W piątek rano wszystko było ze mną ok nie licząc kataru i tym podobnych dolegliwości okołoprzeziebieniowych. Zaczęło się dopiero po południu, kiedy dostałem gorączki w okolicach 40°C oraz …takiej biegunki jakiej w życiu nie miałem. W efekcie trafiłem do szpitala, gdzie zawiózł mnie ojciec (na karetkę musielibyśmy czekać około dwóch godzin – chyba dlatego, ze do szpitala mam jakieś dwa kilometry). Tam dostałem trzy kroplówki pod rząd ze względu na ciężkie odwodnienie organizmu i zostałem już najpierw do rana a potem jeszcze jedną noc do mniej więcej niedzielnego popołudnia. W piątek wieczorem byłem w takim marnym stanie , że majaczyłem i wydawało mi się między innymi, że sikam z mostu (w rzeczywistości nie byłem ani na żadnym moście ani nie sikałem) oraz że latam czołgiem. Dosłownie. Nie jeżdżę, ale latam czołgiem, który ma skrzydła jak odrzutowiec. Dobrze, że niewiele przy tym gadałem, bo jeszcze przy tym bym chlapnął jakąś głupotę i potem musiałbym się przed rodziną tłumaczyć z różnych rzeczy…
Oczywiście żaden z lekarzy nic mi nie powiedział co tak naprawdę mi jest. A oglądało mnie chyba ze czterech. Podejrzewam, że sami nie wiedzieli tego do końca. Dopiero jak dowiedział się mój przyjaciel Kuba, że trafiłem do szpitala i który ostatnio przesiaduje tam non-stop ze względu na Andżelikę, sprowadził do mnie swojego ojca. Pediatrę specjalizującego się w noworodkach i maluchach kilkuletnich zresztą. Dopiero ojciec Kuby stwierdził, że mam dość ostro przebiegającą grypę żołądkową. A dlatego ma taki ostry przebieg, że mam ogólnie osłabiony organizm ze względu na przeziębienie.
Rewelacja. Zakaźna choroba, a wszyscy ci lekarze zachowują się tak jakby się nic nie działo. Na początek pogoniłem od siebie Kubę, żeby tego nie przeniósł Andżelice, bo dopiero wtedy byłby problem. Zabroniłem też Pawłowi pokazywania się w szpitalu. Paweł zresztą nie posłuchał i tak przyszedł kilka razy na parę minut.
Okazało się przy tym, że kilka osób mnie lubi i sporo w sobotę odbierałem telefonów (zadzwonił m.in. Tomek i siostra KubyKarolina) z pytaniem czy mogliby mnie odwiedzić w szpitalu i takie tam. Ale tego najważniejszego nie było – Justyna nie zdzwoniła. Wiem, że dzwonił do niej Kuba i powiedział jej, że jestem w szpitalu. Kubie głupio chyba było mi mówić, że Justyny specjalnie nie zainteresowała ta kwestia, bo strasznie plątał sie w zeznaniach jak mi o tym mówił. Nawet nie pytajcie mnie co o tym myślę…

W niedzielę rodzina zabrała mnie ze szpitala. Teoretycznie powinienem był tam siedzieć do poniedziałku rano, kiedy oficjalnie jakiś lekarz wypisałby mnie do domu, ale zaufaliśmy wszyscy ojcu Kuby, który poza tym, ze jest lekarzem to jeszcze jako jedyny postawił sensowną diagnozę. Ojciec Kuby stwierdził, że mogę spokojnie wrócić do domu z tym, że mam dużo pić. Najlepiej soku z żurawiny i jeść jogurty. To akurat było do załatwienia. I tak wróciłem do domu ze szpitala.
A przed sobą mam perspektywę spędzenia kolejnego tygodnia z dala od szkoły. Gdyby jeszcze chorowanie nie polegało na tym, że człowiek źle się czuję – może bym je polubił. A w piątek czułem się fatalnie – jak nigdy w życiu. Bo nigdy w życiu tak naprawdę ciężko nie chorowałem pomimo tego, że w dzieciństwie dość często trafiały mi sie zapalenia oskrzeli i różne alergiczne przypadłości. Ale to wszystko nie miało takiego dramatycznego przebiegu jak ta piątkowa grypa żołądkowa. Dziś rano od Kuby przez telefon dowiedziałem się, że jego senior mówił mu, że w całej Polsce panuje jakaś epidemia tej zarazy i że dość łatwo na to umrzeć. Z odwodnienia organizmu. No, ślicznie… dobrze, że podczas tych majaków nie zobaczyłem tunelu ze światełkiem na końcu, a tylko pilotowałem czołg.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty