Przez kilka ostatnich dni (a właściwie nocy…) miałem dość realistyczne sny. O zwykłych bym pewnie nie napisał, ale o takich – czemu nie?
Pierwszy sen przyśnił mi się przedwczoraj i dotyczył jak zwykle nieznanej mi osoby. A właściwie osób, bo w moim śnie wystąpiły aż dwie dziewczyny. Ale od początku: Byłem na jakiejś łące na której było dużo kamieni wbitych w ziemię. Trochę jak jakieś niskie (takie nie więcej niż pół metra ponad miękką trawę) kamienne kręgi. Wszystko to było trochę omszałe ale kamienie były rozgrzane słońcem. W ogóle było ciepło, jasno i bardzo słonecznie. Dziewczyna wyglądała trochę na elfkę albo jakąś istotę nieco nieziemskiego pochodzenia. W każdym razie miała spiczaste uszy, ale poza tym była bardzo piękna i trochę …eteryczna. Trudno to trochę nazwać… Cała łąka pachniała świeżością, trawą i jakby jakimiś ziołami. Dziewczyna siedziała z podkurczonymi nogami na jednym z takich dużych podłużnych głazów, który z jednej strony cały był pokryty mchem a z drugiej był niemal gorący od słońca. Była całkiem naga. Coś do mnie mówiła w obcym języku, który brzmiał trochę jak świergot, ale doskonale ją rozumiałem. Teraz już nie pamiętam o czym rozmawialiśmy, ale gdy śniłem wydawało mi sie to dość ważne.
Potem pojawiła się druga taka sama dziewczyna – obie wyglądały identycznie – i usiadła obok tej pierwszej. Kazały mi wybrać, która z nich jest tą prawdziwą. Wskazałem na tę, która przyszła i usiadła po prawej, bo senna logika wskazywała na to, że zamieniły sie miejscami. Odpowiedź była właściwa i mogłem zdecydować, czy chcę, żeby zostały obie czy któraś ma zniknąć. Zdecydowałem, że powinny zostać obie. One się z tego zaśmiały, a potem znalazły się tuż obok mnie i zaczęły się do mnie przytulać i mnie całować. Miały bardzo ciepłą i miękka skórę pokrytą jakby drobniutkimi włoskami, których wcale nie było widać. Pachniały mchem – bardzo intensywnie. I było to bardzo przyjemne.

Drugi sen dotyczył czegoś w rodzaju pałacowej komnaty.Pokój cały był wytapetowany tkaninami w skomplikowane wzory, stały w nim antyczne barokowe meble, wazy z wielkimi bukietami kwiatów… Było w nim nieco za zimno. W pokoju byłem sam, ale zza ściany dolatywały do mnie odgłosy stąpania po podłodze, wbiegania po trochę skrzypiących schodach… Skądś wiedziałem, że te biegające bose stopy należą do dziewczyny. W pokoju wisiało kilka ni to okien ni to luster w których raz na jakiś czas mogłem dostrzec biegającą po pałacu dziewczynę. Dziewczyna chciała, żebym wyszedł z pokoju i żebym ją dogonił, ale w całym pomieszczeniu nie było drzwi. W końcu ona zrozumiała, że nie mogę się wydostać z komnaty i że musi otworzyć tajemne przejście z zewnątrz. W którymś miejscu na ścianie za moimi plecami zarysowały się najpierw szpary w tkaninie którą był wytapetowany pokój, a następnie dziewczyna na moment do mnie zajrzała i zaraz zniknęła z powrotem w ciemnym korytarzu.
Kiedy zaglądała widziałem ja w jednym z okien-luster na ścianie, ale zanim zdążyłem się obejrzeć – jej już nie było. Zacząłem przeszukiwać ścianę gdzie przed chwilą były te drzwi, ale nie mogłem nic znaleźć i sie wydostać przez nie. Taka sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Dziewczyna pojawiała się na moment uchylając drzwi w którejś ze ścian na innym końcu sali i widziałem ją tylko przez chwile w tych oknach-lustrach. W końcu na podłodze zauważyłem, że jedna z płyt trochę wystaje ponad powierzchnię innych i że da się ja podnieść. Wszedłem w tajne przejście w podłodze i wyszedłem na jakichś wielkich schodach również przez podłogę. Samego przejścia nie pamiętam, tak, jakby oba zarówno wejście jak i wyjście było w jednym miejscu. Kiedy wyszedłem usłyszałem, że dziewczyna wbiega na schody i chce przedostać się do innej ściany sali z której przed chwilą wyszedłem. Schowałem się za jakimiś filarami na tych schodach, żeby mnie nie zauważyła. Dziewczyna wbiegła na górę. Była cała ubrana w białą suknię do ziemi z jakiegoś półprzeźroczystego materiału, bo pomimo tego, że suknia była do ziemi i ciągnęła się nieco falbanami po podłodze to widziałem bose stopy dziewczyny. Poza tym dziewczyna miała bardzo bardzo długie jakby popielate włosy sięgające jej za kolana.
Wiedziałem, że kiedy już wbiegła na górę będzie chciała zajrzeć przez jakieś tajne wejście do pomieszczenia z którego ja wyszedłem. Wszedłem za nią na schody i znalazłem się w korytarzu, który po jednej stronie ma arkady wychodzące na dziedziniec a po drugiej rząd drzwi. Za jednymi z tych drzwi schowała się dziewczyna. Otworzyłem jedne i zastałem ją w momencie, kiedy uchylała tajne przejście. Zauważyła mnie za sobą i wbiegła do komnaty przez uchylone przed chwilą przez siebie drzwi. Wbiegłem do komnaty za nią. Teraz byliśmy w tym samym pomieszczeniu z którego ja wcześniej nie potrafiłem wyjść. Różnic polegała tylko na tym, że teraz na środku stało wielkie łóżko z ogromnym udrapowanym baldachimem. Dziewczyna wskoczyła na łóżko i zaczęła we mnie radośnie rzucał poduszkami. Na łóżku nie było żadnych poduszek, ale okazało się, ze to jej suknia składa się właśnie z tych małych poduszeczek, którymi we mnie rzucała. Kiedy zdołałem podejść do łóżka na którym była ona już pozbyła się wszystkich i teraz siedziała na nim w koronkowej dziewiętnastowiecznej bieliźnie, którą musiałem z niej zdjąć. Jej bielizna była bardzo skomplikowana i składała się z dziesiątków tasiemek, haftek i zatrzasków, które trzeba było odwiązać i odpiąć. Niestety przy tym rozpinaniu i rozwiązywaniu się obudziłem i nie dowiedziałem się jak wygląda bez tej bielizny bosonoga dziewczyna…

Ciekawe czy to jakiś syndrom wyposzczenia, że tak ostatnio na okrągło śnią mi się takie rzeczy?…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty