Kiedy dziś się obudziłem ślicznie świeciło słoneczko i wydawało się, ze dzień będzie prześliczny. Niby śnieżek leży na okolicznych polach, ale kiedy jest tak biało to jest nawet ładnie. Niestety, pomyliłem się… Na termometrze w okolicach zera, śnieżek szybciutko zamienia się w buroszarą breję, zaczął padać marznący deszcz ze śniegiem. Okropieństwo za okropieństwem…
Postanowiłem pójść dziś do szkoły pomimo, że mam wystawione lekarskie zwolnienie z lekcji do końca tygodnia. Ogólnie już wyzdrowiałem – przeszło mi zarówno przeziębienie jak i grypa żołądkowa. Ta ostatnia o ile jest paskudna w przebiegu to na szczęście szybko przechodzi. Przeziębienie trzymało się mnie dłużej.
Chciałem się rozmówić z Justyną, bo dziewczyna po naszym ostatnim spotkaniu i kłótni w tamten pamiętny weekend nie odbiera moich telefonów ani nie odpisuje na SMS-y. Wysłanie do niej z gałązką pokoju mojego przyjaciela Pawła też nie na wiele się zdało. Wyposażyłem się w siedem czerwonych różyczek tak jak radziła mi Gosia na gg i poszedłem do szkoły. Justynę spotkałem niemal w wejściu. No, w szatni… Może to marna scenografia dla romantycznych porywów serca, ale wystartowałem z tymi różami do niej, przeprosiłem za swoje wówczas zachowanie… wszystko jak trzeba. Justyna kwiaty przyjęła, po czym powiedziała mi, że …przecież do niczego wobec mnie się nie zobowiązywała. I że nie mogę od niej niczego oczekiwać, bo ani ona mi nic nie obiecywała ani mnie o nic nie prosiła. Nie jest na mnie pogniewana, ale prosi, żebym więcej do niej nie dzwonił ani nie esemesował. Po czym się odwróciła na pięcie i sobie poszła w swoją stronę.
Przez cały dzień przesiedziałem w szkole właściwie sie do nikogo nie odzywając. Nawet Kubę pogoniłem – chyba trochę za ostro, nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało, ale Kuba chyba rozumie dlaczego więc sie nie obraził. Przynajmniej on jeden…
Justyna się przez cały dzień do mnie nie odzywała zajęta sobą i swoimi sprawami. Po prostu mnie unikała… Nie wiem jak mam to traktować. Właściwie to ma rację – nie było żadnych zobowiązań, żadnych deklaracji, ani ja jej ani ona mi niczego sobie nie obiecywaliśmy. Czysty układ towarzyski z wątkiem erotycznym. Skończyło się… Różyczki ode mnie gdzieś zniknęły – bo Justyna pomimo tego, że je ode mnie przyjęła to w szkole potem ich nie widziałem. Ani nie miała ich przy sobie, ani nie zostawiła w szatni. Może wyrzuciła?… Nie wiem czy wróciła z nimi do domu, bo nie widziałem jej jak wychodziła ze szkoły.
Cholera jasna, czy ja się już nie mam nad czym zastanawiać tylko nad jakimiś badylami?!…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty