Obiecałem relację z wydarzeń podczas Wielkanocy – więc oto i relacja…
Wielka Sobota nie wyróżniały się niczym szczególnym od innych tużprzedświatecznych dni. Chyba powinno sie ten dzień nazwać Wielkim Sprzątaniem. Rano przyjechała do nas moja ciotka, a zaraz później jeszcze druga moja babcia i z moja mamą zajęły się przedświątecznym wielkim pichceniem wszelakich przysmaków. Otrzymałem przy tym stanowczy zakaz zbliżania się do kuchni z jednoczesnym nakazem wysprzątania reszty domu – pi razy drzwi – dwieście metrów kwadratowych do umycia, wyszorowania, zamiecenia, wyfroterowania i odkurzenia. Na szczęście rano poszedłem jeszcze z misja do kościoła w celu poświęcenia jajek i kiełbasy. Kościół odbębniłem w trymiga, zaczerpnąłem święconej wody i po drodze poszedłem do szpitala do dziewczyny mojego przyjaciela Andżeliki. Oczywiście Kuba u niej jak zwykle już siedział… nie spodziewałem się zresztą niczego innego. Złożyliśmy sobie życzenia, pogadaliśmy chwilę… Andżelika czuje sie już zupełnie nieźle. Coś już sie mówi o wypisaniu jej do domu… oj, chyba zarówno Kubie jak i jej samej to się nie podoba. Potem zajrzałem jeszcze do Pawła, ale go nie zastałem. Złożyłem tylko życzenia jego siostrze i mamie.
Kiedy wróciłem do domu była pierwsza niespodzianka. Przyjechał mój stryjek z rodziną z Warszawy: stryjenką i dwiema córkami – Anitą i Agnieszką. Więc już miałem z kim sprzątać mieszkanie… Stryjenka dołączyła do kuchennej ekipy, stryjek zainteresował się gospodarczymi dokonaniami mojego ojca, a obie dziewczyny mogłem wykorzystać do pomocy w porządkowaniu domowego universum. Trochę przy tym pożartowaliśmy, pośmialiśmy się i powygłupialiśmy… Czas popłynął szybciutko i przed zachodem słońca ze wszystkim się doskonale uwinęliśmy. No i jak tutaj nie kochać własnej rodziny?
Za to ekipie kuchennej wszystko ponoć leciało z rąk, ciasta dostawały zakalca i wielkanocne jajka wypływały ze skorupek podczas gotowania. Mama, stryjenka i ciotka były złe jak osy i tylko obie babcie zachowywały kamienny spokój… prewencyjnie zmyłem się z dziewczynami z domu, żeby nie wchodzić pod rękę i nie być obiektem wyładowania kulinarnych frustracji rodziny.
Z Anitą i Agnieszką wybraliśmy się na długi wieczorny spacer po okolicy, pogoda była sympatyczna, trochę zimno, ale od czego są ciepłe kurtki. Połaziliśmy polnymi dróżkami, dziewczyny poopowiadały mi trochę historyjek ze swego życia… Nie rozumiem zupełnie narzekań moich znajomych na ich rodziny. W moim przypadku powiedzonko, że z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu zupełnie się nie sprawdza. Bardzo lubię swoją rodzinę i nie zamieniłbym jej na żadną inną. Z moimi stryjecznymi siostrami widuję się najczęściej przy okazji rodzinnych uroczystości oraz świąt takich jak Boże Narodzenie czy Właśnie Wielkanoc. No, dziewczyny przyjeżdżają też latem na wakacje na wsi… Ale jak się widujemy to nie potrafimy się ze sobą nagadać. Może to zasługa tego, że jesteśmy w bardzo podobnym wieku. Agnieszka jest starsza ode mnie o niecały rok, a Anita o niecały rok młodsza? Zawsze we trójkę nam się świetnie rozmawia i zawsze tak było. W piaskownicy tez nie mieliśmy nigdy kłopotów z dogadaniem się ze sobą. Trochę słabszą nic porozumienia mam z moja cioteczną siostrą Wiolą. Niby jest bliżej (mieszka kilka kilometrów od nas) i ma tez tyle samo lat co Anita to jednak nie jest to dokładnie to samo… Nawet z młodszą Gabrysią już lepiej się dogaduję… O Marcinie się nie będę może wypowiadał, bo to rodzinna czarna owca, a maluchy to jeszcze maluchy więc o dogadywaniu się nie może być mowy… jeszcze. Z to Agnieszkę i Anitę spokojnie mogę nazwać nie tylko siostrami ale i moimi przyjaciółkami. Niby rzadziej sie widujemy, ale z nimi wszystko jest dużo bardziej intensywne…
Wróciliśmy ze spaceru dość późno, kuchenna ekipa nieco opanowała sytuację wypiekowo-piekarnikową… Postanowiliśmy obejrzeć sobie z dziewczynami jakiś film na DVD: może mało świątecznie, ale padło na Dowód z Gwyneth Paltrow i Anthonym Hopkinsem. Rzecz jest o córce genialnego matematyka, który na stare lata popadł w obłęd, a córka postanowiła się nim zaopiekować. Dziewczyna, która odziedziczyła po ojcu zdolności do matematyki uważa również, że odziedziczyła skłonność do chorób psychicznych. Amerykanie potrafią zrobić dobry film o dowolnej tematyce – również o życiu uniwersyteckich matematyków. Agnieszka stwierdziła, że film jest momentami trochę teatralny i zatrąca nieco przedstawieniem; muszę sie do tej opinii przychylić, choć nie potrafię jej uzasadnić – to tylko takie ogólne wrażenie, a nie analiza merytoryczna.
Mój stryjek (a ojciec Agnieszki i Anity) przywiózł mi biografię Toma Cruise’a. Książka ma ponad czterysta stron więc kilka dni mi zajmie. Podobno to bardzo ciekawa analiza popadania w religijny obłęd i sporo sie można dowiedzieć o sekcie scjentologów… Będzie na po świętach

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty