W nocy z soboty na niedzielę moje stryjeczne siostry jak zwykle wylądowały u mnie. Taka świąteczna tradycja. Do niczego właściwie nie doszło, ale jakaś już tak się dzieje, że tak jest przy okazji każdych świąt. Niby dostają łóżko w sąsiednim pokoju przylegającym do mojego, ale wieczorem nie potrafimy się swoją obecnością nacieszyć…
Rano jak zwykle omal nie przyłapały nas maluchy, które bladym świtem (gdzieś tak około dziewiątej…) zostały przywiezione przez mojego wujka. Grzesiek i Dominik wpadli do nas na górę i bez zważania na cokolwiek i kogokolwiek rzucili się do oblewania wszystkich wodą. Chyba dni świąteczne im się trochę pomieszały. W końcu starszego wziąłem pod pachę (młodszy sam trzymał się mojej nogi), zaniosłem do łazienki i zagroziłem namoczeniem w wannie i polewaniem zimnym prysznicem. Trochę pomogło. Maluchy zniknęły na dole z piskiem. Niekompletnie ubrane obie siostry strasznie się z tego wszystkiego śmiały… no, znów prawie nie zostaliśmy przyłapani.
Zeszliśmy zaraz potem na dół. Reszta rodziny była już w komplecie i szykowała się do niedzielnego wielkanocnego śniadania. Skończyło się na tym, że śniadanie zaczęliśmy dopiero około dziesiątej. Było jak zwykle bardzo tradycyjnie… i bardzo miło. To chyba najmilsze wielkanocne śniadanie jakie pamiętam. Menu było chyba najgorsze w historii, ale śniadanie najlepsze. Atmosfera była naprawdę świetna, wszyscy starali się być dla siebie mili i uprzejmi. Nawet mój brat Marcin trochę przystopował i zachowywał sie przyzwoicie. Nawet bardzo przyzwoicie.
Po śniadaniu wszyscy zapakowaliśmy się do samochodów i ledwo zdążyliśmy na niedzielną sumę do kościoła. Miałem wrażenie, że proboszcz też nieco spóźnił się z mszą… no, nieważne. W kościele przemknęła mi przez moment Justyna. A może tak mi się tylko wydawało, bo chciałem ją zobaczyć? Nie jestem teraz już taki tego pewny… Tęsknię do niej może po prostu…
Wróciliśmy do domu i zaczęło się wspólne celebrowanie rodzinnego życia oraz opowieści o dalszych członkach familii… Zauważam, że chyba się starzeję, bo coraz bardziej mnie to interesuje. Szczególnie opowieść o tym jak to pradziadek tuż przed wejściem Rosjan w czasie wojny wyniósł z domu i gdzieś na polach zakopał kalesony pełne złotych monet. Ile w tym jest prawdy – nikt nie wie, ale opowieść jest bardzo ciekawa. Poza tym dowiedziałem się kto z dalszej rodziny się ożenił, rozmnożył i która stypa w tym roku była najbardziej udana. Ot, rodzinne historie… W lecie trzeba sie będzie zająć tą sprawą pradziadkowych kalesonów poważniej… No, a na razie wraz z rodziną zajęliśmy się konsumpcją wcale nie takich złych ciast, serników i zawijańców. Jak zwykle trochę przesadziliśmy i jak zwykle nikt się tym nie przejmował. Wszystko to płynnie przeszło w stronę wielkanocnej kolacji – żurek z na jajkach i kiełbasie wyszedł jak jedyny chyba bez zarzutu. Po kolacji wuj, ciotka i ta cześć rodziny zapakowała sie w swój samochód i pojechała do siebie do domu. Trochę szkoda, bo coraz bardziej zaczynam lubić Wiolę, a szczególnie młodszą Gabrysię. Może polega to trochę na podbudowywaniu własnego ego, ale mam wrażenie, że robię wśród nich za kogoś w rodzaju autorytetu. Nie, żeby mi to nie odpowiadało, ale jakoś dziwnie się czuję jako wyrocznia w kwestiach jak się ubierać, czego słuchać i jak żyć. U młodszej Gabrysi jest to szczególnie widoczne, bo Wiola jakoś tak mam wrażenie wzoruje się na mnie nieco mniej ostentacyjnie. Żebym ja tylko własnej rodziny na złą drogę nie sprowadził…
A na razie zostałem sam na sam z Anitą i Agnieszką. Jak w każde święta siedzieliśmy do późna w nocy w moim pokoju, najpierw graliśmy w scrabble z tym, ze można było układać tylko nieprzyzwoite wyrazy, a potem uczyliśmy młodszą z nich – Anitę – jak się całować. I jak zwykle poszliśmy spać grubo po drugiej w nocy. Chociaż spać w tym przypadku to trochę za dużo powiedziane…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty