No, cóż… muszę się do czegoś przyznać… Dość długo się zastanawiałem czy o tym napisać czy nie (stad moje wczorajsze miganie się…), ale zdecydowałem, że jednak napiszę. Kilka razy już wspominałem na swoim blogu, że jestem zdeklarowanym przeciwnikiem palenia papierosów, bo palacze ograniczają moja wolność do oddychania czystym powietrzem. Nie, nie paliłem papierosów w poniedziałek…
Papierosa zresztą bym pewnie z własnej woli nie zapalił w życiu. Więc o co chodzi? Ano cała sprawa miała jeszcze miejsce w niedzielę – trochę ograniczyłem opis niedzielnego wieczoru z moimi kuzynkami Anitą i Agnieszką pisząc, że graliśmy sobie w scrabble. Scrabble też oczywiście były, ale szybko nam się znudziły, bo dziewczyny pochwaliły się, że przywiozły …kilka skrętów z gandzią. W Warszawie, gdzie dziewczyny na co dzień mieszkają raczej nie mają okazji do palenia marihuany, bo raz, że mieszkanie małe, a dwa – ich matka (a moja stryjenka) praktycznie cały czas jest w domu. Poza domem trochę strach. Ale u mnie to co innego… więc dałem im się skusić na eksperyment.
Eksperyment zresztą sie jak najbardziej chyba udał, bo wszyscy troje dostaliśmy w pewnym momencie regularnej głupawki. Co prawda raz na jakiś czas dostaję głupawki bez żadnego wspomagania zewnętrznego, ale dobrze wiedzieć, że można to wywołać na życzenie. Co prawda żadnych wizji nikt z nas nie miał, ale faktycznie to ciekawe uczucie. Nigdy wcześniej gandzi nie paliłem, dziewczyny z tego co wiem próbowały raz, ale ze strachu zaciągnęły się raz czy dwa i natychmiast pogasiły, żeby ich nikt nie nakrył na tej działalności. Więc można powiedzieć, że tez nie. Anita trochę się rozkaszlała, ja zresztą też, ale wystarczyło trochę zapić woda i było już wszystko ok. Po kilku minutach najpierw Anita, a potem ja i Agnieszka dostaliśmy napadu wesołości i wszystko wokoło nas śmieszyło. Regularna głupawka. Pierwsza była Anita, bo jest z naszej trójki najmniejsza i najdrobniejsza. A może po prostu mocniej się zaciągnęła? Trudno powiedzieć. Ten stan wesołości nie przeszedł nam już aż do zaśnięcia z półtorej czy dwie godziny później. Może trochę nas zmęczyło to ciągłe chichranie się z byle czego. Innych szczególnych efektów nie zaobserwowaliśmy… a! i żeby nie było… nikogo nie zachęcam do eksperymentów z paleniem trawki. Sam pewnie też już palił raczej jej nie będę, bo nie przepadam za utrata pełnej kontroli nad sobą, a jednak taka permanentna głupawka to jest jakaś utrata kontroli. Niby to zabawne przez parę godzin, ale na stałe to bym tak nie chciał.
Więc w takim stanie zachichrania poszliśmy spać. Rano dziewczyny musiały wracać do domu do Warszawy. Zjedliśmy jeszcze razem śniadanie, trochę popsikaliśmy się wodą, żeby zadośćuczynić lanoponiedziałkowej tradycji. Agnieszka i Anita obiecały przyjechać na długi weekend majowy do nas – jeżeli nie z rodzicami to same. W końcu tam rodzice mogą je zapakować w autobus, a ja je tutaj na dworcu odbiorę więc powinno się to udać. Mam nadzieję, że się uda…
Kiedy już towarzystwo się pożegnało i pojechało do stolicy przyszła pora na obiad. tym razem już w gronie tylko najbliższej rodziny, bo zostali wyłącznie domownicy: moja babcia, rodzice i ja. Po obiedzie zadzwoniłem do Pawła – wybierali się razem z Kasią do szpitala do Andżeliki. Poszedłem do domu do Pawła, jego mama oczywiście próbowała skarmić mnie swoją świąteczną produkcją twierdząc, że jak nie zjem to się zmarnuje. Więc pojadłem sobie jakiegoś smacznego galaretkowca i sernika, w międzyczasie polałem wodą siostrę Pawła, a potem również Kasię kiedy tylko przyszła i zaraz wyszliśmy. Z oblewaniem Pawłasię nie wygłupiałem… Za to pochlapaliśmy w szpitalu trochę Andżelikę stwierdzając, że dzięki temu będzie miała powodzenie u chłopaków, na co dziewczyna odpowiedziała, że ona już powodzenia nie potrzebuje, bo już ma i to jej wystarczy. Kuba potem siedział przez cały czas dumny jak paw i rozparł się jak w żydowskiej herbaciarni. Zauważyłem, że coraz bardziej lubię Andżelikę… Dziewczyna zaczyna mi imponować. Jej rodzina zachowuje się jak się zachowywała to znaczy na szczęście jej i Kuby nie pojawia się za często i na długo w szpitalu więc mogą oboje ze sobą pobyć. Kuba w ogóle spędził w szpitalu trzy czwarte świąt… Niestety to się chyba skończy, bo lekarze coraz częściej mówią o wypisaniu Andżeliki do domu. Kuba mówi, ze ma w tej kwestii jakiś plan – nie wiem czy coś wymyślili, czy to tylko takie gadanie, bo nie chce nic powiedzieć. Mam nadzieję, że jednak na coś wpadli…

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty