O wczoraj jestem już siedemnastolatkiem. Bywa. Za rok będę z formalnego punktu widzenia, chociaż kilka osób uważa, że nie dorosnę nigdy.
Impreza urodzinowa wyszła zupełnie nieźle. Przyszło kilkanaście osób. Jeszcze więcej zadzwoniło. Nawet nie wiedziałem, że tylu ludzi mnie jednak lubi. Był tort – co prawda z cukierni – ale nawet smaczny. Były prezenty. Ale o tym później…
Najpierw w niedzielne popołudnie był grill w sadzie za domem – grillowane rybki wyszły zupełnie przeciętne chociaż trochę przesolone, bo najpierw dodaliśmy do nich przyprawę, a uznawszy, że przyprawa nie jest nic a nic słona to najpierw ja a potem Kuba niezależnie sypnęliśmy od serca. Gdzie kucharek sześć …tam jest z kim poplotkować. Wszyscy zjedli rybki i nie marudzili na zasolenie. Poza tym to w końcu były morskie ryby… Cały czas przy tym trochę się chmurzyło – w prognozie pogody już od kilku dni zapowiadali burze, gradobicia, wichury, huragany i ulewy. Prognozy się jednak nie sprawdziły – poza chmurami nie było nic więcej, ale niestety wieczorem zrobiło się zimno więc przenieśliśmy się do mojego pokoju do domu.
Urodziny miały charakter ogólnotowarzyskiej posiadówki przy świeczkach. Trochę próbowaliśmy tańczyć, ale jakoś nikomu się nie chciało. Za to towarzystwo miało mnóstwo do powiedzenia więc impreza przekształciła się mi w długie nocne Polaków rozmowy w nastrojowej intymnej atmosferze generowanej przez świeczki. Były plotki o wszystkich nieobecnych znajomych, trochę o obecnych też. Smaczne wino rozwiązało towarzystwu języki.
Najbardziej ucieszyłem się z tego, że na mojej urodzinowej imprezie Kuba pojawił się w towarzystwie Andżeliki. Dziewczyna wraca do społeczeństwa; przy Kubie stała się dużo bardziej kontaktowa i zsocjalizowana. Jak zwykle za nich dwoje mówi głównie mój przyjaciel, a Andżelika z maślanymi oczkami wpatrzona w niego tylko mu przytakuje, ale jest to już postęp astronomiczny w porównaniu z tym co było jeszcze choćby pół roku temu, kiedy to dla tej dziewczyny wypowiedź dłuższa niż jedno zdanie było wysiłkiem niemalże nieosiągalnym. A tutaj proszę… potrafi nawet sama coś opowiedzieć. Miłość dobrze zrobiła obojgu. Bardzo się cieszę ich szczęściem… Naprawdę. Ten widok to tak naprawdę najlepszy prezent jaki dostałem na moje siedemnaste urodziny.
A wracając do prezentów… dostałem kilka płyt przy czym od Kuby – złośliwie to zrobił – Habitat Pana Piotra Mistrza Rubika. Potem to leciało przez pół imprezy i wszyscy zarykiwali się ze śmiechu, bo każdy utwór kończy się nagranymi oklaskami (ponoć jednym z klaszczących jest Robert Leszczyński). Prawie jak w jakimś amerykańskim shitcomie – inaczej nie byłoby wiadomo kiedy kończy się jedna piosenka i kiedy zaczyna się kolejna. Rubikowe sacro-polo jest tak powtarzalne, ze czasami trudno rozróżnić. Wspólnie wszyscy orzekli, że to co nagrywa Piotr Mistrz Rubik należy umiejscowić gdzieś pomiędzy twórczością Michała Wiśniewskiego a Wiolettą Willas.
Z poważnych prezentów dostałem najnowszą książkę Andrzeja Pilipiuka czyli Oko jelenia: Droga do Nidaros. Jak przeczytam to machnę jakąś recenzję. Niby książka dla młodzieży, a podobno jest realistyczna scena gwałtu. Ale znając twórczość Andrzeja Pilipiuka można mieć pewność, że książka jest świetna. Od Pawła dostałem gruby kolorowy przewodnik po Paryżu oraz plan miasta. Ten już niedługo się przyda – dobrze chłopak pomyślał…
No, a na koniec najciekawszy i największy gabarytowo prezent – tym razem wspólny-składkowy od Gosi, Magdy i dziewczyny mojego przyjaciela Pawła tj. Kasi. Od dziewczyn dostałem pełnowymiarową gumową lalkę. Tak, dobrze myślicie… właśnie taką lalkę. Cytując opis na opakowaniu: Lalka pielęgniarka wyleczy Cię z każdej choroby! Profilowana twarz, trzy sprawne otworki i strój pielęgniarki. Ona może Cię badać 24h na dobę. Naturalny wzrost. Wysokiej klasy materiał lateksowy z jakiej została wykonana. Prezent musiałem komisyjnie nadmuchać przy chóralnym dopingu całego towarzystwa i posadzić na honorowym miejscu. Dobrze, że obyło się bez konieczności testowania jakości wyrobu… hi, hi… Ciekawe co ja zrobię z nią później i jak schowam przed wścibstwem mojej rodzinki? No, na razie nie będę się tym martwił.
Na moich urodzinach była też młodsza siostra KubyMarta i jej przyjaciółka Karolina. Oficjalnie coś tam było o tym, że chciały pomóc Kubie z transportem Andżeliki, która ma jeszcze spore problemy z samodzielnym przemieszczaniem się, ale wyglądało mi to tylko na pretekst. Nie, żebym miał coś przeciwko obecności samej Marty czy Karoliny na moich urodzinach – są sympatyczne i zabawne – ale trochę się zdziwiłem. Gosia zwróciła mi nawet w pewnym momencie uwagę na to, że Karolina wodzi za mną wzrokiem. Cokolwiek miałoby to znaczyć…
Impreza urodzinowa skończyła się dopiero dziś o czwartej nad ranem. Fajnie mieć normalnych rodziców. Kuba oczywiście musiał odtransportować Andżelikę o jedenastej wieczorem za pomocą swojego ojca i ich rodzinnego opla do domu, ale na szczęście jego senior nie miał nic przeciwko temu, żeby zarówno mój przyjaciel jak i jego czternastoletnia siostra mogli wrócić do mnie.

[…] Więcej: Moje Liceum – Pamiętnik licealisty